Czyste szaleństwo

Na początku było słowo. Nie ma w tym zdaniu absolutnie niczego odkrywczego. Zawsze na początku jest słowo, nawet, jeśli słowo to zwiastować ma nadchodzący wielkimi krokami koniec. Taka mądrość na rozpoczęcie historii, aby zmylić czytelników. Historia ta, z mądrością nie ma nic wspólnego. Zaczynamy.

crazy

Na początku było słowo, a słowem tym było szaleństwo. Nie wydaje mi się, żeby to słowo miało pochodzić od Boga, chociaż wszystko podobno od Niego pochodzi, nawet, jeśli w tym wypadku wypowiedziała je moja babcia. Nie będę jednak szukał boskiej cząstki u babki mojej, a skupię się na słowie, a konkretnie na chwili, w której je wypowiedziała.

– Szaleństwo. Mojego męża ogarnęło szaleństwo.

Miałem wtedy sześć lat i nie wiele rozumiałem z tego wszystkiego. Faktycznie, nie dało się nie zauważyć dziwnego zachowania dziadziusia, który wyprowadził się do budynku gospodarczego i spędzał tam całe dnie medytując. Dzisiaj nikogo by to nie zdziwiło, ale był to rok 1989 i najpopularniejszą wschodnią filozofią była pieriestrojka.

– Coś musiało się stać? – dopytywała moja mama. – Przecież nie poszedł tam sam z siebie.
– Powiem ci, co się stało- babcia na wszystko miała odpowiedź.- Żył bez boga całe życie i dopadła go kara.
– A pytałaś go?- tym razem mój tata zabrzmiał jak głos rozsądku.
– Z twoim ojcem nigdy nie dało się porozmawiać poważnie. Powiedział, że to przez obrady okrągłego stołu.

Od tego czasu dziadek mieszkał w gospodarczym i tak zostało do jego śmierci, nie trwało to długo, raptem dwa lata. Babcia odwróciła się od niego całkowicie, uparcie powtarzając, że jest wdową, co zresztą podkreślała nosząc się na czarno. Ojciec mój, wraz ze swoim bratem dbali o dziadka, przynosząc mu jedzenie i gazety. Oprócz nich, byłem jedyną osobą, która go odwiedzała, najczęściej siadałem w kąciku i patrzyłem jak dziadek siedzi w pozycji kwiatu lotosu. Czasami przerywał medytację, wtedy czytał bądź słuchał radia. Od czasu do czasu udawało mi się z nim porozmawiać.

– Dziadku, czy ty jesteś chory? – zapytałem któregoś razu.
– A kto tak twierdzi?
– Babcia.
– Oczywiście, że jestem. Zawsze byłem. Nie ma w tym nic złego, kiedyś sam zobaczysz- wypowiedział swoje proroctwo.

Dziadek zmarł zimą 1991 roku, bezpośrednią przyczyną śmierci było zatrzymanie akcji serca. Gdy dorosłem, próbowałem odtworzyć historię mojej rodziny w poszukiwaniu podobnych przypadków, jednak nie udało mi się znaleźć niczego takiego w historii. Można rzec, że dziadek był pionierem i to właśnie od niego rozpoczęło się szaleństwo wszystkich mężczyzn w mojej rodzinie.

Następny był mój wujek, człowiek, który wszystko potrafił robić z rozmachem. Wuj Karol nigdy się nie ożenił, nigdy nie miał też dzieci. Twierdził, że nie jest w stanie ich mieć. Kiedy byłem starszy spytałem go o to, jeśli dobrze pamiętam, rozmowa wyglądała tak:

– Ja nie mogę mieć dzieci.
– Jesteś bezpłodny?
– Tego nie powiedziałem. Zwyczajnie, jestem nieodpowiedzialnym alkoholikiem i tacy jak ja nie powinni mieć dzieci. Dlatego, nie mogę ich mieć.
-Czyli fizycznie byłbyś w stanie spłodzić dziecko?
– Fizycznie tak, ale psychicznie nie mogę tego zrobić. Kiedy istnieje zagrożenie zapłodnienia, mój umysł nie pozwala mi dojść.
– Wujku, jestem przekonany, że to jest niemożliwe.
– Jak więc wytłumaczysz to, że nie mam dzieci? – w jego rozumowaniu była jakaś logika. – Mój umysł steruje wszystkim. Jest wspaniały.

Pół roku po tej rozmowie zginął zeskakując z dachu swojego bloku. Nikogo z nas to nie zaskoczyło, od jakiegoś czasu zapowiadał, że jego umysł osiągnął taki poziom, że udało mu się kontrolować prawa fizyki. Zadzwonił do mnie i powiedział, że przez kilka tygodni będzie poza zasięgiem, gdyż leci do Kanady.

– Zawsze chciałem tam polecieć, ale nie było mnie stać na bilet lotniczy. Teraz wszystko stało się łatwiejsze. Przywiozę ci płytę Neila Younga.
– Mogę ją kupić w Polsce, albo ściągnąć ją z Internetu.
– To nie to samo. Sam zobaczysz.

Następnego dnia już nie żył. Był 21 grudnia 2007 rok i wszystkie służby stwierdziły, że w okolicach Bożego Narodzenia samobójstwa osób samotnych są normalne. Tego samego dnia Polska przystąpiła do układu z Schengen i gdyby wujkowi udało się polecieć, pierwsza kontrola paszportowa spotkałaby go dopiero w Kanadzie. Sprytnie to sobie wykombinował, nie ma co.

Od tamtego czasu obserwowałem dokładniej mojego ojca. On sam czuł, że zbliża się nieuniknione i że lada chwila spotkać może go podobne szaleństwo. W przypływie szczerości, stwierdził kiedyś, że prawdopodobnie nie da się tego zatrzymać, że machina, raz wprawiona w ruch, nie zatrzyma się przed niczym. Jego zdaniem, odpowiedzialne za to wszystko były lata zaniedbań na polu zdrowotnym i ignorowanie jasnych sygnałów w zachowaniu dziadka i jego przodków.

– Być może u nas zawsze wszyscy mieli świra, jednak zwykliśmy zrzucać całą winę na alkohol, delirium i socjalizm. Jedyne co można zrobić, to cofnąć czas i sprawić, że zaczniemy przywiązywać większą uwagę do detali.

Niestety, ojciec mój był człowiekiem czynu. Zwolnił się z pracy i całymi dniami przesiadywał w swoim warsztacie, próbując skonstruować machinę czasu. Nigdy nie był w stanie wytłumaczyć mi zasady działania wehikułu, który budował, chętnie jednak opowiadał o tym co zrobi, gdy już się przeniesie w przeszłość.

– Przede wszystkim, nie jestem inżynierem, więc nie wiem czy machina zadziała tak jak chcę. Może się zdarzyć, że przeniesie mnie nie do tego dnia, którego oczekuję, ale wtedy będę gotowy, zobacz.

Pokazał mi gruby notes.

– Zapisane są tam wyniki wszystkich losowań od samego początku istnienia Totalizatora Sportowego, czyli od 1957 roku. Bez względu na to, do jakiego roku się przeniosę, będę gotowy.
– Ale wydaje mi się, że twoim celem miało być zatrzymanie szaleństwa – znalazłem się przez chwilę w jego świecie i kontynuowałem rozmowę na jego poziomie.
– Zmieniłem zdanie. Wolę być bogaty niż zdrowy psychicznie.

Był w tym jakiś sens.

30 kwietnia 2010 roku ojciec zniknął. W jego warsztacie był lekki wybuch, nigdy nie znaleziono ciała. Oprócz ojca zniknął również jego notes. Dzień wcześniej pula na wygrane pierwszego stopnia wynosiła dwadzieścia cztery miliony złotych.

Czułem, że nadchodzi mój czas. Macki szaleństwa zbliżały się do mnie coraz bardziej. Z każdym kolejnym krokiem, czułem na plecach oddech obłędu, podążającego tuż za mną. Gdziekolwiek się nie znalazłem, widziałem przeznaczenie, chowające się gdzieś w lustrzanym odbiciu. Nie mogłem pozwolić by mnie dopadło.

Oto teraz czytasz tę historią, która jest zarazem moim pożegnalnym listem. Nie, nie planuję zakończyć swojego żywota, natomiast pewnie już mnie nie zobaczysz. Jest październik, roku pańskiego 2015, a ja siedzę w swoim mieszkaniu. Zabiłem deskami okna, żeby szaleństwo nie dotarło do mnie wraz ze światłem słonecznym. Podobnie zrobiłem ze swoimi drzwiami, aby wraz z listonoszem nie wkradł się obłęd. Na ścianie napisałem czerwoną farbą jasny komunikat:
Nie dam się. Nie teraz. Czekam. Gdy nadejdzie będę gotowy.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close