Diabeł na Podkarpaciu

Inspiracja jest wszędzie. Zapoznawałem się ostatnio z demonologią słowiańską i znalazłem fascynującą historyjkę. Diabeł na Podkarpaciu nie ma większego sensu, ale życzę Wam, żebyście czytając to, bawili się chociaż w połowie tak dobrze, jak ja pisząc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*

To nie było wcale takie zabawne, jak może się wam wydawać. Owszem, gdy dzisiaj opowiadam całą sytuację, to nie jeden z was może uśmiać się do łez. Nie będę wam tego zabraniał, nie mam takich kompetencji. Zresztą, jak wkrótce sami zrozumiecie, zabranianie czegokolwiek nie zawsze jest dobrym pomysłem.

Nie pamiętam zbyt wiele, chociaż pamięć moja nie najgorszą jest, choćby porównując się z innymi przedstawicielami mojej rodziny. Z pewnością było coś w jakimś klubie, poszedłem tam wieczorem i kupiłem sobie piwo. Taki był początek, nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co było dalej, prawdopodobnie kupiłem następne i skoro następnego dnia miałem mieć wolne, musiałem kupić jeszcze kilka. Po którymś z kolei, moja dobra passa dobiegła końca, a ja straciłem przytomność. Nie mam słabej głowy, co to, to nie. Ktoś mi wrzucił do piwa dziwny jakiś specyfik, który sprawił, że odpłynąłem w cudny stan nieświadomości.

Gdy otworzyłem swoje oczy, sztuczne światło żarówki halogenowej, zawieszonej pod sufitem spenetrowało moją, ledwie co, odzyskaną świadomość. Rozejrzałem się wkoło i zobaczyłem, że siedziałem na krześle, do którego przywiązany byłem, za pomocą czegoś, co przypominało sznur, który moja świętej pamięci babka zwykła używać do suszenia gaci mego świętej pamięci dziadka. W następnej kolejności, zorientowałem się, że w pomieszczeniu towarzyszyło mi jeszcze czterech mężczyzn, którzy znajdowali się w identycznym co ja położeniu. Gdy chciałem odezwać się, aby przywitać się z moimi kompanami, okazało się, że w moich ustach jest coś dużego, co idealnie wypełnia ich przestrzeń, uniemożliwiając mi wypowiedzenie jakiegokolwiek ze słów. Gdy przyjrzałem się uważniej moim towarzyszom niedoli, zrozumiałem, że w ustach każdego z nas znajdowały się grube, zwinięte w kulkę wełniane skarpety. Na moich najprawdopodobniej był wizerunek jelenia. „Idzie zima”- pomyślałem.

Więcej pomyśleć nie zdążyłem, albowiem w pomieszczeniu były drzwi, które otworzyły się i stanął w nich wysoki, wąsaty mężczyzna w średnim wieku.
– Ach tak…- odezwał się. – Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego was tutaj zebrałem. Jeśli tak, pokiwajcie głową.
Wszyscy pokiwaliśmy.
– Wyjaśnię wam, ale po kolei. Najpierw zasady. Jeśli będziecie ich przestrzegać, to wszyscy wyjdziecie stąd już wkrótce, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Jeśli wykażecie się niesubordynacją, będę musiał przykładnie was ukarać. Nie zmuszajcie mnie, abym to zrobił. Zasady są proste- siedzicie grzecznie i słuchacie. Jeśli zadam wam pytanie, będzie to pytanie zamknięte, na które jedyne możliwe odpowiedzi to potwierdzające skinienie głowy w dół, lub przeczący ruch lewo-prawo. Rozumiemy się?

Pokiwaliśmy twierdząco.

– Znakomicie. Lubię, kiedy grupa ludzi ze sobą współpracuje. Przejdźmy do konkretów. Zebrałem was tutaj, aby opowiedzieć wam historię. Gdzie moje maniery, powinienem się przedstawić. Nazywam się Maciek i jestem szczęśliwym mężem i ojcem. Szczęśliwym w swoim zwyczajnym, codziennym życiu. I tutaj pojawia się problem- prowadzę życie podwójne. Widzicie, tuż po ślubie, okazało się, że moja kochana żona, nie jest zainteresowana tym co mówię, tym co chciałbym jej opowiedzieć. Wszystko jeszcze się pogorszyło po narodzinach naszej córki, która stała się na nas całym światem. Nie mamy już zupełnie czasu na rozmowy. Być może pomyślicie- dlaczego nie rozmawiam z ludźmi w pracy? Pomyślicie tak?

Pokiwaliśmy twierdząco głową.

– Wiedziałem. Wszyscy tak myślą. Problem polega na tym, że pracuję w tak zwanym wolnym zawodzie. Więcej szczegółów wam nie zdradzę, wystarczy, że zrozumiecie, że nie mam zbyt dużo kontaktu z ludźmi. Rozumiecie?

Wszyscy pokiwali głową, za wyjątkiem pucołowatego faceta po mojej lewej stronie.

– Nie rozumiesz? -zwrócił się do niego nasz oprawca. – Cóż, nie wyglądasz mi na wyjątkowo bystrego. Zresztą, znalazłem cię nocą pod KFC i sprowadziłem tutaj obiecując wspólne jedzenie skrzydełek. Człowieku, musisz być bardziej ogarnięty. Gdybym był świrem albo zboczeńcem, mógłbym cię zgwałcić, obić kijem, zabić, odciąć wszystkie członki, a po wszystkim zgwałcić jeszcze raz. Chcesz, żeby ktoś zgwałcił twój martwy i spuchnięty kadłubek? Chcesz? Odpowiedz!

Pucołowaty facecik zaprzeczył.

– Zatem zrób sobie i całemu światu przysługę i dorośnij. Nie można wierzyć, we wszystko co wam mówią. Na czym to ja stanąłem? Już wiem. Na tym polega moje sekretne życie. Od czasu do czasu porywam sobie grupę osób i opowiadam im historię. Bez strachu o to, że będą mi przerywać. Bez zamartwiania się, że ktoś będzie poganiał mnie znudzony. Bez ryzyka, że ktoś, niczym moi znajomi, będzie wypominał mi moją tendencję do ciągłych dygresji. To jest mój czas, a wy będziecie słuchać. Rozumiemy?

Potwierdziliśmy.

– Fantastycznie. Na dzisiaj przygotowałem historię o diable. Nie byle jaką, bo pochodzącą z folkloru słowiańskiego. A konkretnie z Rzeszowszczyzny. Był ktoś z was tam?
Jako jedyny potwierdziłem.

– Widzę, że większość z was nie lubi podróżować. A to źle. Podróże poszerzają horyzonty. Nie u wszystkich co prawda, taki Cejrowski na przykład, większość świata zjechał, a kretynem pozostał. Ale to odosobniony przypadek. Większość podróży jednak rozwija człowieka. Sam pamiętam, jak pojechałem pierwszy raz do Chin. Cóż tam się działo. Te jedzenie smakowite, ludzie dość prymitywni i według naszych standardów kultury, przyznać muszę, że niewychowani, ale kraj piękny i o historii cudownej. Aż człowiek nabiera dystansu do naszej, polskiej historii. A może Chiny to wam za daleko? No to dajmy bliżej, takie Niemcy na przykład. Wyspa Lindau był ktoś z was? Przepiękne miejsce, w ogóle Jezioro Bodeńskie śliczne jest przez cały rok. No nic, wróćmy do naszego Rzeszowa. Gdybyście kiedyś się tam wybierali, to znam fantastyczną knajpkę, znajoma prowadzi, zapomniałem nazwy, ale w centrum jest. No, ale historia nie tam się dzieje, tylko niedaleko. Dokładnie Podgórze Rzeszowskie i znajdująca się tam góra Liwocz. Rzecz się działa tuż po Wielkiej Nocy, gdy chłop, dajmy na to Antoni przechadzał się tamtędy. Sam osobiście lubię się tak szwendać. Przechadzam się po swojej dzielnicy, teoretycznie bez większego sensu, bez odgórnie obranego kierunku, wszędzie gdzie prowadzi mnie rytm mojego serca. Jestem romantykiem, zawsze byłem. No nic to. Wracając do tematu. Nie pytajcie mnie, co konkretnie robił tam ten chłop, ani go nie znałem, ani to moja sprawa. Sprawa natomiast jest taka, że chłop ten na sumieniu miał pewien niecny występek, który sprawił, że cała historia warta jest opowiedzenia. Chcecie wiedzieć co zrobił ten chłop?

Potwierdziliśmy.

– Chłop zjadł kiełbasę. W samym zjedzeniu kiełbasy, nie ma niczego złego, nie zrozumcie mnie źle. Nie był on, jakimś muzułmaninem, nie był żydem, weganem, czy innym pedałem. Zwykły, zwyczajny podkarpacki chłop z poprzedniej epoki. Istota problemu leżała w tym, że on tę kiełbachę zjadł w Wielki Piątek, a więc dzień postny. Mógł wybrać jabłko, mógł szarpnąć się na klasyczny rybi salat, czy puszkę paprykarzu szczecińskiego. Pasztet sojowy by mu krzywdy nie zrobił, o humusie z marchewką nawet nie wspominam. Ostatecznie od ziemniaków z kefirem też by mu korona z głowy nie spadła. Ale nie- paskudny i bezczelny chłopski typ, łapskami swoimi brudnymi dorwał się do pęta kiełbasy i dawaj!- począł pałaszować ją bez odrobiny zażenowania czy zastanowienia. A mówił ksiądz, żeby postów ścisłych przestrzegać, a mówiła zakonnica, żeby dzień święty święcić, a przypominała małżonka, żeby po spiżarni nie łazić po samogonie, bo apetyt na mięcho będzie i skaranie boskie z takim pijusem. Ja osobiście to nigdy postów nie przestrzegałem, a głownie dlatego, że tato kiedyś mi opowiadał, jak za młodu poszedł do roboty na plebanię, bo pomóc trzeba było księdzu umyć jajek i pomalować je na święto. Ksiądz co roku wybierał do tej roboty młodych chłopaków z parafii. No i byli na tej plebanii u niego i to też był Wielki Piątek i każdy miał z sobą jakąś kanapkę, czy to z serem, czy to z twarożkiem, czyli też serem, tylko, że innym. No, a ksiądz dobrodziej, po skończonej robocie, zaprosił dzieciątka swe na poczęstunek i na stole znalazły się pasztety zajęcze, szynki i to nie takie jak dzisiaj, tylko takie swojskie, jak się kiedyś robiło, smalec prawdziwy ze skwarką i udka kurze, świeżo upieczone przez kucharkę. Dzieci, skonsternowane całym tym wydarzeniem, bały się sięgnąć po pyszności. Gdyby znane im było wyrażenie „Prowokacja dziennikarzy Wprost”, pewnie tak by pomyślały. Na całe szczęście, ksiądz dość szybko zorientował się na czym polega problem i czyniąc znak krzyża nad jedzeniem, powiedział: „Niechaj to stanie się śledziem!”, a następnie zachęcił dzieci do zajadania. Ojciec mój od tego czasu nie przestrzegał postów ścisłych, a z czasem całkowicie oddalił się od religii, ku wielkiej rozpaczy mojej matki. Czy ja was nie nudzę?

Wszyscy zaprzeczyliśmy.

-Dobrze, bo nie chciałbym, aby to się stało. Czy to przez uczyniony znak krzyża, czy przez osłabioną aktywność sił nieczystych w latach sześćdziesiątych wieku dwudziestego, ojca mojego nie spotkała żadna kara za zjedzenie szynki w Wielki Piątek. Co innego jednak z naszym głównym bohaterem, czyli chłopem. Pamiętajmy, że działo się to znacznie wcześniej. I gdy tak przechadzał się nasz chłop, z winą wypisaną na twarzy, minął był on głaz leżący na szczycie góry. I nagle, na głazie tym pojawił się sam czart, diabeł rogaty o cerze czerwonej jak flaga ZSRR, i już szykować się zaczął do karania niefrasobliwego chłopa. Już miał skoczyć, nań z łapskami zakończonymi kopytami, gdy chłop dźwignął łańcuch, który zostawili tam dzień wcześniej ci co krowy wypasali i zaczął tym łańcuchem uderzać diabła, ale ten, gibki, bo w czeluściach przyzwyczajony jest do ataków dusz nieszczęśników. Ja to piekła się nie boję, bo jak się tatuś mój od religii odwrócił to i ja ateistą zostałem. Miałem zresztą problem z tego wynikające, bo nie chciałem ślubu kościelnego z moją aktualną małżonką, a ona zaś, po przeszłości oazowej, nie wyobrażała sobie, że jej ulubiony ksiądz nie da jej ślubu. Wypracowaliśmy kompromis- ślub był kościelny, ale ja mogłem modlić się cicho i marudzić pod nosem. No, ale wracając do naszej historii, diabeł odskakiwał, unikał łańcucha, który uderzał w kamień, zostawiając ślady widoczne po dziś dzień. W końcu jednak, diabeł dopadł nieszczęśnika, wygrywając pojedynek. Taki to morał z tej historii był, a kamień stoi tam do dzisiaj. Pytania?

Zaprzeczyliśmy.

– Podobało się?

Potwierdziliśmy.

– Zatem jesteście wolni. Nie wiecie nawet, jak wiele dla mnie zrobiliście.

Zawiązał każdemu z nas oczy, abyśmy nie poznali drogi powrotnej, zaprowadził do samochodu i wypuścił po kilkunastu minutach jazdy. Znalazłem się w tym samym klubie z którego mnie porwał. Napiłem się piwa i pomyślałem, że może fajnie byłoby pojechać od Rzeszowa.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close