Doskonałe Życie – Czyli Historie Biurowe Odc. 94

Odcinek 94 – Talerz dla gościa

Historie biurowe toczą się w polskim oddziale międzynarodowej firmy. Oddział ten jest nazywany Centrum Doskonałości, tak więc wszystko w nim musi być doskonałe.

Za oknami typowa grudniowa pogoda. Deszcz, wiatr i jeszcze trochę deszczu. Jakże bezpiecznie schronić się w ciepłym i wygodnym biurze, gdzie czeka na nas wierzchołek piramidy potrzeb każdego człowieka – darmowa kawa.

Okupowałem akurat stanowisko z ekspresem, gdy na piętrze mojego biura zrobiło się spore poruszenie.

– Zebranie! Zebranie! – gdzieniegdzie dało się słyszeć.

Poszedłem zobaczyć cóż takiego się stało i okazało się, że nasza szefowa kazała wszystkim pracownikom zgromadzić się w największym pomieszczeniu.

– Będzie szybko – przemówiła Królowa. – Idą święta i z tej okazji będziemy mieli bardzo ważną wizytę. Przyjeżdża do nas sam Ross, a wiecie, że on jest członkiem zarządu. Ostatni raz był w naszym biurze pięć lat temu. Wszystko musi być idealne!

– A po co przyjeżdża? – spytał ktoś naiwny.

– Jak po co? – zdziwiła się Królowa. – Przyjeżdża z wizytą. Pewnie szuka oszczędności. Nie wiem. On nie musi mieć po co. To my mamy o to zadbać. Będzie tutaj za tydzień i nakazuję wam przerwać standardową pracę. Macie zajmować się przygotowaniem wizyty. Zespół projektowy ma przygotowywać prezentacje w powerpoincie. Jak najwięcej. Im więcej wykresów i pozytywnych trendów tym lepiej.

– Ale co mamy pokazać? – zapytał Marcin.

– Macie pokazać tak, żeby było dobrze, rozumiecie? Pozostałe grupy dostaną zadania na maila. Nie może być żadnej wpadki.

Trafiłem do grupy, która czyściła biuro. Wyrzucaliśmy wszystkie zdjęcia rodzinne, sprzątaliśmy resztki jedzenia oraz biurową garderobę. W garderobie było sześćdziesiąt pojedynczych butów lewych, osiemdziesiąt prawych i ani jednej pary. Dodatkowo znaleźliśmy tam konia na biegunach, bursztynową komnatę i Pawełka, naszego stażystę, który pół roku wcześniej poszedł po pierogi.

Inni mieli gorzej. Przemek miał za zadanie wykryć wszystkie plamy na wykładzinie, Bożena wymieniała papier toaletowy na miękki i kilkuwarstwowy. Nie wszystko było jednak złe – w biurze pojawiły się kwiaty, wymieniono kubki na ładniejsze i wreszcie odgrzybiono klimatyzację. Warto było.

Dzień przed wizytą znowu zrobiono zebranie. Tym razem dotyczyło nas.

– Niestety, ale nie mieliśmy czasu na wdrożenie naszego głównego planu i wysłanie pracowników do domów i zastąpienie ich modelami. Dlatego jest to istotne, aby nikt z was się nie zbłaźnił. Ross będzie chodził po piętrze, dlatego pamiętajcie, że może zadać wam pytanie. Przygotujcie się z takich tematów jak: jak macie na imię, jak długo tutaj pracujecie i jak wam się tutaj dobrze pracuje. Odpowiedzi na to ostatnie rozesłałam wam już mailowo. Panowie czy panie, wszyscy jutro stawiają się elegancko ubrani, ogoleni i pachnący. I nie odzywają się bez pytania. Aha. Ross sprawdza wydajność działu. Macie wyglądać efektywnie.

Następnego dnia nikt nie pracował. Na naszych ekranach były różne prezentacje, arkusze kalkulacyjne, wszystkie wyglądały profesjonalnie i przygotowane były specjalnie na tę wizytę.

W okolicach południa zostaliśmy porażeni blaskiem naszego gościa. Przechadzał się z gracją dygnitarza partyjnego z Warszawy, który odwiedził wiejski dom kultury. Był jak władca feudalny, co odwiedził swoje włości i patrzył, czy chłopi mają czyste gacie. Przechadzał się uśmiechnięty, ściskał dłonie, a każdy, kto tylko zbliżył się do niego, wyczuwał intensywną woń alkoholu. Święta idą.

Towarzyszyła mu nasza Królowa, która w pewnym momencie zdębiała. Na biurku niedaleko mojego ktoś zostawił talerzyk. Wszystko miało być idealnie, a tutaj taka wpadka.Równie dobrze można było tam zrobić kupę, efekt ten sam. Królowa pokazała palcem na talerzyk i wszyscy w promieniu parudziesięciu metrów wiedzieli, że mają przejebane. Mogliśmy w zasadzie pakować swoje manatki.

Kolejny raz postanowiłem zostać bohaterem. Wziąłem talerzyk i dyskretnie zrzuciłem z niego okruchy pieczywa. Poszedłem z nim w kierunku Rossa. Królowa próbowała zatrzymać mnie wzrokiem, ale minąłem ją i stanąłem przed gościem.

– Oto jest ten pusty talerz dla gościa. Wigilijnym zwyczajem w ten sposób w Polsce okazujemy gościnność. Przyjmij proszę ten talerz na znak, że jesteś zawsze u nas mile widziany i zawsze jest dla ciebie miejsce przy naszym biurowym stole. 

Popatrzył na mnie. Przyjął talerzyk a w oczach jego pojawiły się łzy.

– Dziękuję – powiedział. – Wiecie, wszyscy zawsze zachowują się sztucznie, a tutaj widzę rodzinna i przyjemna atmosfera. Pięknie.

Czy Ross wróci do Polski? Czy będzie zadowolony z wizyty? Czy znajdzie się właściciel talerzyka? Czytaj kolejny odcinek.

A poprzedni odcinek jest tu

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close