Drogowy taniec godowy, czyli poczet kierowców miast polskich

Zdarza się każdemu. Wyjeżdżasz do pracy, szkoły, agencji towarzyskiej, czy zwyczajnie planujesz jeździć po mieście, szukając kolejnej przypadkowej ofiary, którą zamierzasz zamordować z zimną krwią i zakopać jej rozczłonkowane zwłoki w lesie. Jesteś zwykłym obywatelem i oczekujesz tylko tego, żeby zostawili cię w spokoju. Niestety jest to niemożliwe, albowiem z chwilą, w której przekręciłeś kluczyk w samochodowej stacyjce, stałeś się taki jak oni- uczestnicy wielkiej drogowej walki o to, kto ma większego członka.


Pierwszy z brzegu- Alberto Tomba, król slalomu miejskiego. Celem jego istnienia jest jazda brawurowa. Oczywiście ma to swoje źródło w tym, że posiada tylko jedno jądro, a w pracy służy za przycisk do papieru lub pisuar dla myślących współpracowników. Wszystko to sobie odrobi, gdy tylko wsiądzie do swojego niemieckiego samochodu z segmentu b. Większość pieniędzy, które zabrał swojej babci, zainwestował w sprzęt grający i felgi stworzone z metali kolorowych. Już jest gotowy, odpala silnik i wio! Niestety, wio po mieście, więc robi co może- wyprzedza każdego po kolei, najczęściej w żaden sposób nie zmieniając swojej sytuacji, bo po trzydziestu metrach i tak musi stać na światłach. Ale co sobie powyprzedza, to jego. Udało mu się, wygrał wyścig z homosiem w Citroenie. Szkoda tylko, że homoś w Citroenie nie wiedział o tym, że bierze udział w wyścigu i jechał do swojego ciepłego domu w błogiej nieświadomości. A co z naszym Mistrzem? Ano nic, wraca do domu i bierze kąpiel. Gdy siedzi w wannie, jak co wieczór otwierają się drzwi i w progu pojawia się jego tato. Przepasany ręcznikiem zbliża się do krawędzi wanny, jednym ruchem dłoni zrzuca ręcznik i mówi do syna: „Posuń się” i usadawia się wygodnie za nim. Alberto lekko chlipie, ale już wie, że jutro znowu sobie powyprzedza i przez kilka sekund jego nędzne życie będzie miało odrobinę sensu.

Kolejny geniusz- 50 Cent. Najczęściej ma powyżej pięćdziesięciu lat i wypala ćwierć miliona papierosów dziennie. Uspokajają go- tak twierdzi. To jedyne co mu pozostało w życiu, ostatnią erekcję miał gdy orły Jerzego Engela zakwalifikowały się do mistrzostw świata w piłce nożnej po szesnastu latach oczekiwania. Niestety, erekcję wywołało zbliżenie kamery na twarz Emmanuela Olisadebe i nasz bohater przez resztę życia musi zmagać się z dziwnym połączeniem pożądania i wstydu, którego nie jest w stanie zrozumieć. W momentach kryzysu najlepiej zatopić się w robocie i to zrobił nasz Raper. Najczęściej pracuje jako taksówkarz, przedstawiciel handlowy, albo wozi zużyte mosiężne kaloryfery. Tak czy siak – jeździ samochodem tak dużo, że sam sobie przyznał order najlepszego kierowcy na tej planecie. Skoro jest najlepszy, to więcej może. A skoro może więcej, to może łamać przepisy. Widzisz go w korku, gdy na chama zaczyna zmieniać pas przecinając podwójną ciągłą. Widzisz go na skrzyżowaniu, gdy stoi za tobą i daje ci do zrozumienia, że światło już bardziej zielone nie będzie i jakim prawem nie masz odruchu startowego na poziomie Kubicy. Dlaczego Raper? Przez większość czasu gestykuluje rozstawiając po kątach innych kierowców. Ruchy jego dłoni przypominają ruchy 50 Centa w sklepie z cukierkami. Dodaje do tego tłusty bit na klaksonie, a wszystko to okraszone jest jego darciem mordy, którego niestety nikt nigdy nie usłyszał. Bidulek nie wie, że przez zamknięte okno nie słychać, a inni kierowcy zbyt zajęci są własnym życiem, by reagować na jego drogowe zaczepki.

Gdy Raper wchodzi na wyższy poziom, staje się Piratem gotowym do abordażu. Aby to się stało, muszą oczywiście zajść pewne zmiany w życiu prywatnym. Przede wszystkim, musi wyjść na jaw homoseksualizm jego syna oraz ojca. To nie niszczy całkowicie jego ducha, radzi sobie z tym poprzez ciągłe donosy na swoich sąsiadów, którzy właśnie mają remont, więc pewnie nakradli pieniędzy, a w najgorszym razie popełnili samowolę budowlaną. Niestety, te drobne życiowe przyjemności przestają wystarczać, gdy dociera doń wieść o tym, że jego jedyna córka postanowiła wyjść za niemieckiego czterdziestolatka, którego poznała w salonie manicure. Steffen, bo tak się nazywa, nie tylko ciągle głupkowato się uśmiecha, ale i mówi coś w dziwnym narzeczu. Nasz bohater języków cudzych nie umie, przecież Polacy nie gęsi, żeby mówić po niemiecku. Ale ma wrażenie, że Steffen wypomina mu, że najpierw zabrali majątek jego dziadów, a teraz zabiera skarb jego córki. Tego już za wiele. Wsiada za kółko i pruje przed siebie. Początkowo zachowuje się jak Raper, jednak gdy zauważa słabą ofiarę, najczęściej przestraszoną kobietę, zatrzymuje samochód na środku skrzyżowania i pędzi do niej. Gotów otworzyć drzwi, gotów zrobić… sam nie wie co. Gdyby myślał, to pewnie tego by nie zrobił. Światło zmienia się na zielone, kobieta odjeżdża, a on zostaje sam otrąbiony z każdej ze stron. Wraca do domu i zawija się pod kołdrę, próbując walczyć z upokarzającym uczuciem porażki. Gdyby nie stres i cholesterol mógłby się masturbować, niestety zostaje mu tylko powolne umieranie w poczuciu, że ten krótki czas na ziemskim padole zmarnował bardziej niż PO ostatnie osiem lat.

Matematyka spotkać można głównie na parkingach galerii handlowych. Snuje się powoli, niczym wytrawny drapieżnik cierpliwie wyczekując ofiary. Gdy już ujrzy puste miejsce parkingowe, nic go nie zatrzyma. Nic nie stanie na jego drodze, nawet inny samochód, który znacznie wcześniej rozpoczął manewr parkowania. Zbliża się do niego i czeka, blokując połowę parkingu. Starannie wyliczył, że jemu uda się tam zmieścić, starannie wyliczył czas i prawdopodobieństwo i to on powinien tam parkować. Nie odpuści, albowiem oznaczałoby to porażkę. Kolejną tego dnia. Odkąd otworzył oczy, jego życie jest niekończącym się pasmem porażek. Żona już dawno przestała ukrywać romans z cygańskim akordeonistą, którego poznała podczas spaceru do kiosku po fajki. Gawol, bo tak ma na imię jej młody oblubieniec, zamieszkał razem z nimi i z nimi dzieli łoże. Gdyby mógł, Matematyk wywaliłby go gdzie pieprz rośnie, niestety musi siedzieć potulnie, gdyż mieszkanie jest na żonę, a on jest na jej utrzymaniu, odkąd z poprzedniego miejsca pracy zwolnili go za wynoszenie rolki srajtaśmy z pracowniczej toalety. On chciał tylko dorobić, każdy orze jak może. Czasami Matematyk występuje na osiedlowych drogach miejskich i spotkać można go w dużym samochodzie z naprzeciwka. Jego wyliczenia pokazują, że musi jechać środkiem i nie może zjechać ani o pół centymetra, co powoduje, że ty stoisz jak baran i zastanawiasz się, gdzie się ukryć. W normalnych okolicznościach zmieściłby się tam cały tabor Gawola, niestety normalne okoliczności znikają, gdy pojawia się nasz bohater.

Perfekcyjne wyliczenia są również domeną naszego kolejnego bohatera, a w zasadzie bohaterki. Postrach PZU, bo o niej mówimy, to kobieta pomiędzy trzydziestym piątym, a pięćdziesiątym piątym rokiem życia. Koniecznie w samochodzie typu SUV. Kupił jej go mąż, gdy zagroziła rozwodem i podziałem majątku, po tym, gdy wyszło na jaw, że stażystki w jego firmie otrzymują od niego idealną lekcję na przyszłą karierę zawodową- wiedzą co znaczy być wyruchanym w pracy. Samochód sprawił, że kobieta przejrzała na oczy i zdała sobie sprawę, że główna wina leży po jej stronie, gdyż zamiast zajmować się mężem zgodnie z obietnicą złożoną przy świadkach, wolała pić wino na kanapie i siedzieć na telefonie z tą idiotką Marleną, którą małżonek również zdradza. On akurat z listonoszem. Marlena też jeździ SUVem. Nasz postrach miejskie ulice przejeżdża z prędkością siedmiu kilometrów na godzinę, wymuszać przy tym pierwszeństwo i rozjeżdżając małe pieski, których nie widzi, bo zbyt zajęta jest swoim odbiciem w lustrze. Jej zdaniem jeździ bezpiecznie, a rekordowa ilość stłuczek spowodowana jest tym, że wszyscy faceci są tacy sami. Na jej widok sprzedawcy OC wyciągają drugi, tajemniczy cennik. Nawet to nie jest w stanie jej załamać- przecież i tak płaci małżonek.

Oczywiście są jeszcze kierowcy na wioskach, których trzydziestoletni golfy wydają złowrogie dźwięki, są jeszcze stroboskopy z autostrady, świecące światłami drogowymi na każdego kto lewym pasem jedzie poniżej trzystu kilometrów na godzinę, ja jednak skupiłem się na osobnikach żerujących na drogach miejskich.

Ten wpis chodził za mną od dawna, ale dzisiejszy matematyk na parkingu pod supermarketem sprawił, że zmaterializował się błyskawicznie. Dedykuję go właśnie jemu. Oby wszystkie jego córki miały wąsy!

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close