Dzień po końcu świata

Koniec świata. Jesienią zawsze o nim myślę. Dlatego wrzucam opowiadanie, które w połączeniu z powyborczą refleksją,  doskonale sprawdzi się w jesienne przydługie wieczory.

Photo by Nikolas Behrendt on Unsplash

Wyjątkowe wieczory wymagają wyjątkowego wyglądu – tłumaczyła ogromne wydatki na strój i wizaż Pani Minister. Miała wyglądać zjawiskowo i nie mogło być mowy o najdrobniejszej wpadce. Nigdy więcej żaden paskudny, nasłany przez niemieckie wydawnictwa pismak nie doczepi się do niedobranego koloru garsonki, nie wypomni fryzury rodem z dynastii, czy nie powiększy w fotoszopie przypinek albo innych broszek. Grupa wybitnych stylistów wzięła w obroty jej ponad sześćdziesięcioletnie ciało – miało to być gwarancją, że wszystkim opadną szczeki i zarysują wiekowy parkiet.

Nie wszystko jednak było proste, walczyła ze sobą i zwracała im uwagę:

– Podczas pracy nad moim wyglądem postarajcie się nie obnosić się zbytnio ze swoim homoseksualizmem.

Był to prawdopodobnie ostatni raz, gdy chciała przypodobać się wyborcom. Gdy tylko zobaczyła się w lustrze wiedziała, że wyglądała jak milion dolarów. Milion? Raczej miliard. Tak. Wyglądała jak brakujący w budżecie państwa miliard dolarów. Śmiało mogła być ostatnim widokiem, który ludzie zobaczą przed śmiercią. Taki zresztą był jej plan. Jedyny dobry plan, który wymyśliła w ostatnim czasie.

Minęło już dwa lata od upokarzającego rywali zwycięstwa w wyborach i pech chciał, że ślepy i nieświadomy niczego lud zaczął dopytywać się o realizację wyborczych obietnic. Powoli nie wystarczały już tłumaczenia, że to wszystko wina tamtych, że my jesteśmy tacy cacy cacy i że chcemy dobrze. Trzeba było coś wymyślić.

– Ja bym chciał jeszcze wrócić do mojego ostatniego pomysłu – Minister Wojny zawsze odzywał się jako pierwszy. – Uważam, że koncepcja zbrojnego najechania sąsiadów została odrzucona zbyt pochopnie. Pomyślcie o tym. Moglibyśmy wprowadzić stan wojenny – tłumaczył swój koncept. – Wtedy nikt się nie będzie zajmował gospodarką i bzdurami związanymi z przemysłem.

– W tym szaleństwie jest metoda – Mulitminister odpowiedzialny za finanse, służbę zdrowia i edukację przyznawał rację. – Po pierwsze, ludzie się zjednoczą. Po drugie, po fakcie będzie można postawić parę pomników. Ludzie lubią być nagradzani za bohaterstwo. Zwłaszcza pośmiertnie. Nie muszę chyba wspominać o tym, że wojna zawsze napędza gospodarkę.

– Zostawmy gospodarkę. Wizerunek to istotna sprawa – dorzucił swoje Rzecznik. – Mieliśmy problem z naszą Panią Minister, opłaceni, wiadomo przez kogo, hejterzy nazywali ją… jak ją znowu nazywali?

– Królowa Wpadek – wtrącił ktoś.

– No właśnie – Rzecznik był coraz bardziej podekscytowany. – Musiała biedaczka się schować na swoją wieś i przeczekać. A teraz napiszemy jej przemówienia i będzie zagrzewać naród do walki. I jej i nasz wizerunek się ociepli. A jak nie wyjdzie to będzie na nią.

Prezydent nie był przekonany. Lubił sąsiadów i to był główny problem. Dobrze dogadywał się z ich prezydentem, a ich pani premier była atrakcyjną kobietą. W innych okolicznościach coś mogłoby między nimi zaiskrzyć. Wiedział jednak, że w tej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na okazanie słabości. Co więcej, wszyscy oczekiwali, że wreszcie zachowa się jak prawdziwy lider.

– Zostawmy to jako ostateczność. Do wojny trzeba się przygotować, a u nas chyba nikt nawet nie ma doświadczenia w tym temacie. Ktoś z was był kiedyś na wojnie? – zapytał Prezydent.

Dano sobie tydzień na rozwiązanie problemu. Propozycji było sporo, ale wszystkie wydawały się nie do zrealizowania. Gdy wydawało się, że nie ma już szans, nadeszło zbawienie. W długim i ciemnym tunelu pojawiło się światło. Światłem tym, był reflektor czołowy rozpędzonej lokomotywy. Nikt nie miał wątpliwości – zbliżał się koniec świata. Nie ma sensu zanudzać szczegółami jaki był tego powód. Coś pokićkało się z biegunami, przestały działać w odpowiedni sposób. Zdarza się, prawda? Weźmy takie serce, jednego dnia działa, a drugiego dnia już nie. Każdego to może spotkać, bez względu na zasobność portfela czy znaczenie dla stabilności planety.

Z początku informacje o nadchodzącym końcu świata przyjęte zostały z pewnego rodzaju zaniepokojeniem. Trudno tłumaczyć ludziom, że to jedyne rozsądne i logiczne wyjście z sytuacji. Tłum wie lepiej i trudno z nim wygrać. Zawsze, gdy wymagany jest spokój i pewna doza refleksji, ludzkość zachowuje się odwrotnie. Oto co się stało:

Najpierw spadły ceny mieszkań. Upadło kilku wielkich deweloperów, ich udziały szybko przejęły banki, które na wieść o nadchodzącym Armagedonie zareagowały zmowa cenową.

Zlikwidowano resort szkolnictwa wyższego i zamrożono przydzielanie grantów na badania naukowe.

– Nie mamy pewności – tłumaczył Premier – że te pieniądze wrócą do nas i przyszłe pokolenia będą mogły na tym cokolwiek zyskać. Nasi eksperci twierdzą, że zbliżająca się katastrofa może pewnym grupom posłużyć jako okazja do nadużyć. Mamy tutaj na myśli grupy powiązane z poprzednią władzą, bo ciągle jeszcze jest ich sporo na uczelniach. Oczywiście planujemy wyczyścić to środowisko do czasu zagłady. Damy radę!

W międzyczasie końcem świata zajął się Trybunał Konstytucyjny. Kilka poważnych kwestii wymagało natychmiastowego wyjaśnienia: kto w takiej sytuacji powinien stanąć na czele Narodu? Czy kompetencje sejmu, senatu i Prezydenta są tutaj odpowiednio określone? Przede wszystkim próbowano ustalić, czy koniec świata jest w ogóle zgodny z Ustawą Zasadniczą i kto powinien o nim decydować.

Żadnych zmian nie zaobserwowano w zachowaniu mediów. Kreujący rzeczywistość publicyści zaczęli rozkładać nadchodzącą katastrofę na czynniki pierwsze, sugerując po czyjej stronie leży cała wina. Kolejny raz udowodnili, że znają się absolutnie na wszystkim. Telewizja publiczna zorganizowała debatę, z której dowiedzieliśmy się, że to szereg zaniedbań poprzednich rządów odpowiada za cały stan rzeczy, zasugerowano nawet utworzenie specjalnej sejmowej komisji śledczej, niestety wszyscy posłowie zasiadali akurat w innych komisjach. Media społecznościowe również żyły swoim życiem. Dość szybko zaroiło się w nich od niesprawdzonych wpisów o końcu znanego nam świata. Byli i tacy, jak na przykład blogerzy, którzy wykorzystali katastrofę do promowania siebie i współpracy ze znanymi markami. Tak powstały bardzo popularne wpisy w stylu: „Dziesięć produktów, które powinieneś kupić zanim skończy się świat”, czy „Osiem najczęściej popełnianych błędów podczas kresu ludzkości.”

Całe zamieszanie trwało raptem kilka tygodni i wszystko wróciło do normy. Koniec świata od czasu do czasu przewijał się jako jeden z tematów, czy to programów informacyjnych, czy też rozmów towarzyskich, jednak z całą stanowczością można stwierdzić, że przestał być tak bardzo ekscytujący jak na początku. Zbliżała się wiosna, do kin wchodziła nowa część Gwiezdnych Wojen, a Świat przygotowywał się do ostatniego piłkarskiego mundialu. „Teraz albo nigdy!” – motywował swoich zawodników selekcjoner.

Pani Minister zapaliła papierosa w oczekiwaniu na limuzynę. Wiedziała, że palenie zabija, ganiła swoje dzieci, gdy przed laty przyłapała ja na popalaniu w toalecie. Teraz wszystko to wydawało się być nic nie znaczącą błahostką. Papieros doda jej uroku – tak zasugerował jeden ze stylistów, pokazując na dowód zdjęcie Audrey Hepburn. Ufała im. Dobrze komuś ufać, gdy kończy się świat.

Limuzyna podjechała i Pani Minister wraz z towarzyszącą jej ochroną udała się na bankiet do samego Prezydenta. Następnego dnia o świcie miał skończyć się świat, wykorzystano więc sporą część budżetu, aby podsumować kończącą się kadencję, podziękować wszystkim i w przyjaznej atmosferze dokonać żywota. Nie zaproszono opozycji, ta zresztą i tak by odmówiła.

– Koniec świata to nie jest czas na zabawę i świętowanie. Domagamy się odpowiedzi na pytania, które zadaliśmy i nie spoczniemy, póki to nie nastąpi. Co z górnikami? Co z protestującymi pielęgniarkami? – grzmiał lider partii opozycyjnej.

Poczekała w samochodzie aż ochrona rządu przegoni protestujących przed prezydenckim pałacem.

– Pani wybaczy – tłumaczył się jeden z ochroniarzy. – Pewnie nasłani przez Żydów albo kogo. Normalny człowiek w taki wieczór chce być z rodziną, a nie wyzywać obcych ludzi pod pałacem.

Masywne drzwi uległy, gdy nacisnęła klamkę i znalazła się w dobrze oświetlonej sali. Wybrała idealny moment na wejście, wszyscy najważniejsi już byli, ale nikt nie znalazł jeszcze dla siebie strategicznego kąta, nikt jeszcze nie zdążył upić się najlepszym winem z prezydenckiej kolekcji. Wszyscy zauważyli, gdy weszła. I tak, z pewnością wyglądała zjawiskowo.

– Pani Minister! – zachwycił się Biskup. – Żebym nie ślubował celibatu, to bym chyba oszalał.

– Na spotkanie z Bogiem trzeba iść przygotowanym, ale dziękuję ekscelencji za komplement.

– No no! – odezwał się Senator z południa. – Ależ się odstrzeliła.

– Wiesz Zbyszku – odpowiedziała uśmiechnięta. – Taka okazja może się nie powtórzyć.

Byli wszyscy, rada ministrów, senat, sejm, najważniejsi duchowni, czołowi intelektualności, artyści, biznesmeni i bankierzy. Zaproszono wszystkich ważnych w kraju ludzi. Zaproszono również tych inteligentnych. Gdy zostały miejsca, zaproszono jeszcze dziennikarzy. Wszyscy jednak wyglądali gorzej niż ona. Wiedziała, że ten jeden raz górowała nad nimi całkowicie. Mogła umierać.

Prezydent tymczasem zabawiał gości. Pokazywał wszystkim to co miał w sobie najlepszego, a więc uśmiech, żonę i pałac. Zbierał teraz plony swojego świetnego zachowania w tym trudnym czasie. To on wyszedł z inicjatywą zorganizowania tego bankietu. Nie Premier, nie Marszałek Sejmu, nie ta grupa tępych partyjnych klakierów, tylko właśnie on. To była chwila, na którą czekał od dawna. Wybitne jednostki poznać po tym, jak zachowują się w kryzysowych chwilach.

Brylował, witał gości, pozował do pamiątkowych zdjęć.

– Wie pan – zagadnął go Premier. – Początkowo nie w smak był mi ten cały koniec świata. Po co to komu? Komu to w ogóle potrzebne? Nigdy go nie było i przecież nikomu to nie przeszkadzało.

– Nie musi mi pan tego mówić – Prezydent wyraził zrozumienie. – Ja to w ogóle się załamałem. Wykupiliśmy już z Heleną turnus w górach z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Chcieliśmy trochę poszusować, oderwać się od tej presji, tego stresu, a tutaj koniec świata!

– No tak. Ale widzi pan… – Na twarzy Premiera zaczął rysować się uśmiech. – W pewnym momencie zorientowałem się, że to najlepsze, co może nam się przydarzyć. Jak często premier ma pewność, że nie zostanie odwołany? Że wyborcy nie rozliczą go przy urnach? Powiem panu, że dla polityka, koniec świata to błogosławieństwo.

– Zgadzam się – wtórował Prezydent. – I chciałbym zobaczyć teraz, za przeproszeniem, głupią mordę tego głąba z opozycji. Krzyczy tylko, drze się, że czego to on nam nie zrobi. Że nas przed trybunał postawi, że będą konsekwencje. Gówno zrobi, tyle panu powiem.

– Za koniec świata! – krzyknął Premier, podnosząc w górę kieliszek czystej.

– Za koniec świata! – odpowiedzieli zgromadzeni.

Dalej rozpoczął się program artystyczny, wystąpił nestor muzyki rozrywkowej, dziewczęcy zespół taneczny, piosenkarki folkowe i popularny iluzjonista. Po części artystycznej nastąpiły przemowy i podziękowania. Premier dziękował za lojalność, za wykonanie zadania i za służbę ojczyźnie. Biskup poprosił o wspólną modlitwę, odśpiewano również hymn, a na koniec na scenę wszedł Prezydent. Expose nie było zbyt długie. Mówił, że jest wzruszony. Mówił, że to pierwszy taki bankiet oraz bez wątpienia ostatni. Znalazło się też miejsce na starannie wpleciony żart o tym, że mają okazję bawić się jakby jutra miało nie być, ale niech pamiętają, że gdyby jednak jutro miało nastąpić, to dobrze mieć pod ręką APAP. Spirala śmiechu zakończyła się w momencie, gdy do Prezydenta zaczęły podchodzić kolejne delegacje z kwiatami i podziękowaniami.

Delegacja harcerzy przyniosła róże oraz specjalny proporczyk. Górnicy złożyli szablę, a klub szachowy z byłej stolicy przyniósł specjalną figurkę króla zrobioną z kości słoniowej.

Przyszedł i On. Przyjaciel z dzieciństwa. Razem bawili się w piaskownicy i razem świętowali sukcesy. Każdy poszedł w inną stronę, jeden do świata polityki, a drugi do świata finansów. Dość szybko okazało się, że światy te bez siebie nie potrafią funkcjonować. Dziś był prezesem największego z banków. Uśmiechnął się do przyjaciela i uścisnął mu dłoń. Prezydent przysunął go ku sobie i ucałował każdy z jego policzków. Rozległy się brawa. Bankier gestem dłoni przywołał swojego pracownika i odebrał od niego bukiet żonkili. Raz jeszcze zbliżył się do Prezydenta i wręczając kwiaty, szepnął mu na ucho:

– Przykro mi.

– Nie rozumiem – odpowiedział cicho Prezydent.

– Rozmawiałem z kolegami z tego… Globalnego Funduszu Aktyw Wszelakich. Coś tam policzyli, coś tam posprawdzali i wyszło im w Excelu, że się nie opłaca.  Podzwonili po swoich i załatwili. Przykro mi. Kwiaty są od nich. Standardowy dowód wdzięczności. Przeczytaj bilecik to zrozumiesz.

Prezydent zdziwił się, ale zachował spokój. Bilecik schował do kieszeni i przyjął resztę delegacji.

Cześć oficjalna została zakończona. Rozbrzmiała muzyka, a na parkiecie zaroiło się od wirujących par. Głowa państwa wyszła na taras, zapaliła papierosa i wyjęła z kieszeni bilecik. Prezydent zaciągnął się mocno i zerknął na zapisaną wiadomość. Poczuł jak całe jego ciało pokrywa się zimnym potem.

Informujemy, że najbliższy zaplanowany koniec świata został odwołany. Zachęcamy do dalszego kontaktu.

Odwrócił się w stronę sali bankietowej i zaczął się trząść. Zobaczył Panią Minister, która gestykulowała tak żywo, że poplamiła swoją fantastyczną kreację czerwonym winem. Ktoś zrobił jej zdjęcie, ku uciesze czytelników jutrzejszych tanich gazet. Prezydent spojrzał na zegarek. Za parę godzin rozpocznie się najgorsze. Rozpocznie się dzień po końcu świata.

Zdarza się codziennie.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

One comment: On Dzień po końcu świata

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close