Hotel Odertorbahnhof – opowiadanie

Hotel Dworzec Nadodrze, bo taki jest rodzimy tytuł, napisałem na potrzeby konkursu literackiego na opowiadanie grozy związane z wrocławską dzielnicą. Miało ukazać się w zbiorze konkursowych opowiadań, jednak organizatorzy zabawy mają jeszcze bardziej luźniejsze podejście do swoich obowiązków niż ja, zatem po sześciu miesiącach straciłem już nadzieję. Publikuję tutaj bo żal wyrzucić. Za free, taki jestem dobry.

Photo by ian dooley on Unsplash

– No i widzisz pan, samych opłat na dzień dobry, to ja mam tyle, że jak ja mogę z nimi konkurować? Aplikację instalują – rodaków oszukują – takie hasło będziemy teraz na bilbordy dawać. Powiem panu, że kiedyś to ja złapię takiego jednego i normalnie siekierą, tą, co to z tyłu wożę, łeb rozwalę i krew się poleje, jak Boga Najwyższego kocham… – Taksówkarz kończył kurs, kończąc tym samym wykład o wolnym rynku. – To będzie razem siedemdziesiąt złotych.

– Dużo wyszło, nawet bardzo dużo. Z Dworca Głównego na Staszica zawsze taniej było. – Filip podzielił się z kierowcą swoją obserwacją. – A licznik czemu nic nie pokazuje?

– A to było mówić wcześniej, że pan chcesz na licznik. Ja wróżka jestem, żeby takie rzeczy wiedzieć? Taniej? Taniej, proszę pana, to było przed wojną. O tu! Gdzie ta apteka stoi, to był hotel i tam było tanio. A teraz jest już dawno po wojnie, Rzeczpospolita odbudowana, to i społeczeństwo się bogaci. A jak się bogaci, to jak może być tanio?

Filip zapłacił taksówkarzowi, wyszedł z samochodu i wyciągnął z bagażnika walizkę. Popatrzył na narożną kamienicę z wejściem do apteki usytuowanym w samym środku. Dość szybko jego wzrok skierował się na prawą stronę, gdzie swoją siedzibę miała największa konkurencja apteki – sklep monopolowy. Wstąpił tam po papierosy i cokolwiek, co mogło pomóc mu przetrwać najbliższą noc. Kilka chwil później odpalił papierosa i delektując się jego smakiem, poczuł co to znaczy być wolnym człowiekiem. Palenie zawsze sprawiało mu przyjemność, chociaż ostatnimi czasy przyjemności w życiu nie miał zbyt wiele. Teraz oczywiście miało być znacznie lepiej. Zaczynał nowe życie, chociaż w starym miejscu.

Mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Po tylu latach klucz pasował idealnie. Pchnął drzwi i śmiało wszedł do środka, nie bacząc na silną woń stęchlizny. Czterdzieści pięć metrów, pokój i kuchnia. Do tego łazienka z toaletą, co ciągle w tych rejonach bywało luksusem. Wielu sąsiadów musiało przecież potrzeby najniższego rzędu załatwiać w toaletach na półpiętrze. Z perspektywy zacieśniania więzi społecznych nie było to takie złe rozwiązanie, gorzej było, jeśli idzie o higienę i intymność. Intymność była tym, czego teraz potrzebował. Zwłaszcza intymność z kimś.

Podczas jego nieobecności mieszkanie było wynajmowane, a kolejni lokatorzy nie poczuwali się do obowiązku odświeżania ścian, czy wykonywania jakichkolwiek drobnych prac remontowo-budowlanych. Niektórzy z nich nie potrafili nawet zrozumieć obowiązku szanowania własności prywatnej, toteż umeblowanie mieszkania było znacznie skromniejsze niż wtedy, gdy je opuszczał. W rogu stało dwuosobowe łóżko, za którym nawet nie wiedział, jak bardzo tęsknił. Na wyposażeniu pokoju znajdowała się jeszcze szafa i kilka krzeseł. Zajrzał do szafy – w środku były pajęczyny i stare pudło.

– Gówno – pomyślał.

Spojrzał na krzesła. Na jednym z nich usiadł, a drugie posłużyło mu jako stolik, na którym postawił butelkę wódki. Planował chwilę relaksu, chwilę z samym sobą w zupełnej ciszy. Świat miał niestety inne plany, dlatego usłyszał dźwięki dochodzące zza ściany. Dźwięki, których nie słyszał od bardzo dawna.

– Cholerne mendy! Kurwa! – grzmiał głos kobiety, skupiającej całą energię na odpowiednim zaakcentowaniu środkowego „er” w ostatnim słowie.

– Idealnie o dwudziestej pierwszej, u sąsiadki bez zmian – pomyślał.

Po kilku łykach kolacji pomyślał o zapaleniu kolejnego papierosa. Podszedł do drewnianego odrapanego okna wychodzącego na park i szarpnął za klamkę. Ani drgnęło. Podszedł do drugiego, znajdującego się w kuchni – efekt podobny. Więcej okien nie miał, dlatego już kilka sekund później, wraz z butelką i papierosem, siedział na parapecie na półpiętrze. Korzystał ze słoika postawionego tam przez któregoś z sąsiadów i uzupełniał kolekcję pływających wewnątrz żółtych filtrów i posklejanego popiołu.

Na jednym się nie skończyło. Palił ciągle, doskonale zdając sobie sprawę, że minie trochę czasu zanim zaśnie, jeśli w ogóle mu się uda. Słyszał o tym od tych, którzy ten pierwszy raz mieli już za sobą. Pierwsza noc jest najgorsza. Dlatego najlepiej zrobić wszystko, żeby nigdy nie nadeszła.

Musiał siedzieć tam dobrą godzinę, gdy usłyszał kroki na schodach. Pierwsza myśl, że zaraz któryś z sąsiadów zajmie wspólny kibel i w brutalny sposób zakłóci spokój jego ducha, okazała się błędna. Usłyszał dziewczęcy głos:

– Dlaczego palisz papierosy?

Na piętrze tuż nad nim stała dziewczynka, nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat. Ubrana była w różową piżamkę, a w ręku trzymała pluszowego misia.

– Dlaczego palisz papierosy? Mama mówi, że one są złe – powiedziała cichutkim głosikiem.

– Może ja jestem zły? – odpowiedział Filip.

– Mama mówi, że nikt nie jest naprawdę zły. Mówi, że stworzył nas Bóg, a on nie mógłby stworzyć niczego złego.

– Twoja mama zna się na rzeczy, co nie?

– Jest bardzo mądra – głos dziewczynki ożywił się.

– To dlaczego nie jesteś z nią w mieszkaniu? Nie powinnaś już spać?

– Nie mogę zasnąć, dopóki tatuś nie wróci. Wychodzę na klatkę i czekam, aż przyjdzie i położy się spać ze mną. – Tym razem zarówno głos jak i twarz dziewczynki posmutniały. – Ale długo nie wraca.

– A co? Pewnie pije. Większość tutaj tak robi.

– Mama mówi, że ma swoje problemy, ale że mnie kocha. Ja myślę, że on nie jest szczęśliwy.

– A kto jest? – zapytał Filip.

– Ja byłam – odpowiedziała.

– To leć być szczęśliwa do domu! Sio, bo zawołam twoją mamę! – podniósł nieco głos, chcąc przegonić małą. Nadaremnie.

– Wrócisz ze mną? – zapytała, wlepiając w niego oczy.

Zamurowało go. Chciał coś powiedzieć, jednak usłyszał dźwięk otwierających się drzwi naprzeciwko jego mieszkania. Wyszedł stamtąd brzuchaty gość z kluczem w lewej dłoni i paczką fajek w drugiej.

– Uszanowanie, sąsiad – przywitał się, a następnie odpalił fajkę i kluczem otworzył drzwi toalety. Wszedł do środka, rozsiadł się wygodnie i przymknął drzwi, zostawiając otwartą szczelinę, przez którą wystawały jego stopy.

Dziewczynka zniknęła.

– Sąsiad to na stałe wrócił? – Filip słyszał głos, który mógł należeć do samych stóp.

– Właśnie się nad tym zastanawiam – odpowiedział, a następnie pożegnał się i wrócił do siebie.

Leżał na łóżku pozbawionym jakiegokolwiek posłania, noc była chłodna, październikowa, a mimo to pocił się, jakby łóżko umieszczone było tuż nad paleniskiem. Od czasu do czasu wstawał, żeby pociągnąć kolejny łyk wódki, która w końcu przyniosła mu upragniony spokój, wraz z którym zapadł w sen.

Znalazł się przy stole pokrytym białym obrusem, którego centralny punkt wyznaczał wazon ze świeżymi kwiatami. W prawej dłoni trzymał pusty kieliszek, a na stole stała pusta butelka po wódce. Tuż nad nim znajdował się napis reklamujący regionalne piwo, którego nigdy nie pił i nie znał, a mimo to, był w stanie opisać jego smak i poziom goryczy. Odwrócił głowę w lewo, gdzie zobaczył otwarte przejście do kolejnej izby restauracyjnej, na końcu której stało stare pianino, również ozdobione wazonem z kwiatami. Przy pianinie siedział elegancko ubrany mężczyzna o ciemnych włosach. Bez wątpienia był szczupły i raczej młody, może trzydziestoletni. Mężczyzna grał radosną melodię, której Filip nie miał prawa znać, chociaż słuchając, zdał sobie sprawę, że zna ją doskonale. A przynajmniej na tyle dobrze, aby ocenić, że mężczyzna gra ją perfekcyjnie. Podobnie uważał tłum kobiet otaczających pianino. Niektóre z nich dotykały pleców Pianisty, inne głaskały go po włosach. Wyglądał na mężczyznę w najwłaściwszym z miejsc.

Filip wstał, aby zbliżyć się do Pianisty. Musiał zobaczyć jego twarz, wiedział, że nie będzie w stanie przerwać tej wizji. Chociaż zdawał sobie sprawię, że śni, to wyraźnie czuł w ustach smak wódki. Kolejna melodia poderwała wszystkich do tańca. Nagle ktoś złapał go za rękę i pociągnął na środek restauracyjnej izby. Znalazł się w objęciach kobiety, której twarz wykrzywiała się w dziwnym grymasie.

– Witamy w Hotelu Odertorbahnhof – przemówiła po niemiecku, a następnie pchnęła go w objęcia innej osoby.

– To stanie się dzisiaj – powiedziała ruda, mająca może pięćdziesiąt lat kobieta. – Wiesz o tym?

Po tych słowach zniknęła, a przed nim pojawił się facet, przypominający sąsiada ze wspólnej toalety.

– Czekaliśmy na ciebie – powiedział z uśmiechem. – Bez ciebie nic się nie wydarzy, wiesz o tym. Znasz tę melodię, tańcz!

Muzyka grała coraz szybciej, sala wirowała, a podeszwy butów wszystkich gości zdawały się polerować podłogę dynamicznymi ruchami. Ktoś zakręcił Filipem, kolejna osoba poprawiła, a następna pchnęła go w kierunku pianina.

– Wróciłeś – usłyszał głos lekko przebijający się przez dźwięki pianina. – Ostatnio nigdzie nie bywasz – słyszał. – Przecież to nie twoja wina. To musiało się stać. Nie uratujesz jej. Każdy musi zapłacić cenę.

Przedzierał się przez tłum w kierunku Pianisty. Ten, otoczony wianuszkiem kobiet, grał jak natchniony. Zbliżył się, chciał dotknąć jego ramienia, kiedy znów ktoś porwał go do szalonego tańca.

– Daj mu spokój – usłyszał kobiecy głos. Jej twarz wyrażała ogromne zadowolenie. – Nie możesz go powstrzymać. Gdybyś mógł, dawno byś to zrobił. – Po tych słowach, włożyła mu język do ust. Wyrwał się i spojrzał na salę. Cała wirowała w obłąkanych pląsach. Dostał zawrotów głowy.

Muzyka ucichła gwałtownie, jakby ktoś wyjął niewidzialną wtyczkę. Obok Pianisty pojawiła się kobieta trzymająca za rękę dziewczynkę. Dziewczynkę, którą bardzo dobrze kojarzył. Uderzyła go, a następnie w przypływie złości popchnęła jedną z otaczających go kobiet. Pianista odwrócił się, nie dało się jednak rozpoznać jego zasłoniętej kapeluszem twarzy. Filip nie słyszał co mówili, ale wydawało mu się, że rozumie każdy gest, który wykonują. Pianista próbował złapać dłoń kobiety, ta jednak wyrwała się i ciągnąc za sobą dziewczynkę, zaczęła biec. Gdy znalazła się obok Filipa zamarła przerażona i pociągnęła dziecko w innym kierunku. Pianista wstał i pobiegł za nimi. Filip uczynił to samo.

Minął hotelową recepcję i znalazł się na klatce schodowej. Słyszał kroki na schodach nad sobą. Chciał biec, ale czuł, że jego nogi ważą więcej, niż jest w stanie podnieść. Każdy jego głośny krok zagłuszał bicie serca, które zachowało szalony rytm jeszcze kilka chwil wcześniej grającego pianina. Z każdym krokiem, z każdym pokonywanym stopniem czuł, że jego serce bije głośniej, że jest coraz większe. Patrzył na swoją klatkę piersiową i widział, jak unosi się szaleńczo na kilka centymetrów. Próbował złapać oddech, zatrzymać się na chwilę, aby zaczerpnąć powietrza, jednak zdawało się to niemożliwe. Powietrze było mu zupełnie niepotrzebne. Wspinał się powoli. Z sali pod nim ciągle dochodziły głośne śmiechy, nad nim natomiast, słychać było dynamiczne kroki. Kroki zmieniły się krzyki, krzyki zmieniły się w uderzenia. Po pokonaniu kilku stopni, co musiało trwać wieki, uderzenia całkowicie zamilkły.
Później słyszał już tylko własne serce. Kroki stały się nieme, jakby nie szedł wcale, tylko płynął w powietrzu, a jego stopy nie wykonywały najmniejszego ruchu. Mimo to znajdował się coraz wyżej. Wreszcie był na pierwszym piętrze i od razu skierował się bezwolnie do mieszkania, które rozpoznawał jako swoje. Zza uchylonych drzwi dochodziło światło, tym razem nie przynoszące nadziei.

Obudził się cały zlany potem. Wstał, sięgnął ręką po leżące na podłodze papierosy. Nie przejmując się zbytnio zamkniętym oknem zapalił. Chodził nerwowo po mieszkaniu próbując się uspokoić. Nie pamiętał swoich snów, ale był pewien, że to nie był pierwszy raz, gdy śnił właśnie to.

Chciał zająć się czymkolwiek. Otworzył szafę i wyciągnął z niej stare pudło. Wysypał zawartość na ziemię. Wyleciało kilka zeszytów nutowych oraz pozwijane, zardzewiałe struny.

– Gówno – powiedział do siebie i kopnął struny pod ścianę.

Potrzebował świeżego powietrza. Wyszedł na klatkę schodową i otworzył okno. Pochłonął papierosa kilkoma mocniejszymi sztachnięciami i zapalił kolejnego. Nie wiedział, jak zakończy się ten sen, ale nie miał najmniejszego zamiaru dośnić go do końca. Wrócił do mieszkania po pieniądze i wybiegł z budynku.

Kilka chwil później wrócił z napojami energetycznymi i paczką kawy. Nie chciał już spać.
Godziny mijały, a on walczył z napadającym go snem. Kolejny raz siedział na klatce i palił. Oddałby wszystko za wydalającego sąsiada, który przez chwilę dotrzymałby mu towarzystwa, nawet gdyby miało to oznaczać kilka minut krępacji. Potrzebował rozmowy. Obawiał się, że ciężko będzie mu wygrać ze snem. Gdy udało mu się podnieść na dłużej ciężkie powieki, jego oczom ukazała się znana postać.

– Uratuj mnie – błagała. – Nie chcę, żeby mnie znowu bolało.

– Nie bój się – odpowiedział.

– Staram się nie bać. Ale jestem za mała.

Zamknął oczy i gdy udało mu się je otworzyć, znowu był całkiem sam.

Wiedział, że kojarzy Pianistę ze snu i wiedział, że Kobieta z dzieckiem była mu znana. Senne obrazy, jak przebitki z poprzedniego życia, nie dawały mu spokoju. Zapalił światło na klatce schodowej i poszedł na górę w poszukiwaniu dziecka w różowej piżamce. Szukał dowodu na jej istnienie, jakiegokolwiek znaku. Przeszedł po wszystkich piętrach, biegał z góry do dołu i liczył na spotkanie. Zrezygnowany wrócił do mieszkania.

Hotel. Musiał wrócić do hotelu i sprawdzić, co będzie dalej. Pociągnął solidny łyk z butelki i podszedł w kierunku łóżka. Zerknął na leżące na podłodze struny i bez większego zastanowienia podniósł jedną z nich i włożył do kieszeni spodni. Położył się, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Zasnął momentalnie.

– Uratuj mnie – słyszał teraz, będąc tuż pod drzwiami. – Boli mnie – informował dziewczęcy, jakby nieobecny głos. Pchnął uchylone drzwi i wszedł do mieszkania. Ściany pomalowane były na jasnożółty kolor, od którego odbijały się rażące w oczy promienie słoneczne. Widział znajome łóżko, na którym były dwie poduszki i dwie osobne kołdry. Okno w pokoju było otwarte i nie miało najmniejszych śladów zadrapania. Odwrócił głowę w lewo i poczuł uderzenie serca najmocniejsze i najgłośniejsze ze wszystkich. Po tym nie czuł i nie słyszał już nic. Na podłodze pod ścianą, w kałuży krwi leżała kobieta z restauracji. Nie musiał sprawdzać, żeby przekonać się, że jest martwa. Obok niej leżała dziewczynka o znajomej twarzy. Nad nią, zaplatając strunę wokół jej szyi, klęczał Pianista. Dziecko szamotało się przez chwilę, na co ten odpowiadał jeszcze mocniejszym uściskiem, dodatkowo naciskając na dziewczynkę całym ciałem. Filip próbował się zbliżyć, jednak nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Tymczasem szybkie ruchy Pianisty sprawiły, że strącił dotychczas mocno trzymający się jego głowy kapelusz. Poprawił uścisk, upewniających się, że leżące pod nim ciało pozbawione jest ducha, a następnie podniósł głowę. Filip rozpoznał swoją twarz.

Najbrutalniejsze ze wszystkich przebudzeń.

 

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close