Ja Cię kocham, a Ty nie jesz mięsa

Dzisiaj wiele się mówi o wegetarianizmie. O tym, że nie jeść mięsa jest fajnie, że to zdrowo. U mnie było inaczej, wegetarianizm zniszczył moje życie, oto jest moje świadectwo.

Zaczęło się od motylków w brzuchu. I brzuch właśnie, jest tutaj jednym z winowajców tego, że się skończyło. Poznałem dziewczynę, dajmy na to, że dano jej na imię M. Dziwne to imię, sami przyznacie, tylko jedna literka zakończona kropką. Jednak cóż zrobić, zawsze to lepsze niż jakaś Jessica czy Dżesika.

Z M. spędzałem prawie każdą wolną chwilę. Każdego dnia pędziłem do niej przez całe miasto, przesiadając się dwukrotnie, za każdym razem do bardziej śmierdzącego tramwaju. Gdy już docierałem na miejsce, głodny byłem jak wilk co zjadłby konia wraz z jeźdźcem. Sami wiecie jak to jest- pary na pewnym początkowym etapie znajomości nie gotują razem, jadają na mieście. Więc zaraz po przybyciu do mieszkania, zajmowanego przez mą wybrankę, wychodziliśmy na miasto żeby coś zjeść. Jechaliśmy dwoma śmierdzącymi tramwajami, ale gdy tylko znaleźliśmy się w centrum, spotykała nas nagroda. Tanie, drogie, nowoczesne, tradycyjne, orientalne, włoskie, wszelkiej maści jadłodajnie serwujące dania tak wspaniałe, jak wspaniała była moja wybranka. Popadliśmy nawet w pewnego rodzaju rutynę, piątek kuchnia azjatycka, wtorek włoska, środa pierogi, czwartek dobry stek, a w piątek M. miała Zumbę, więc jadaliśmy osobno, ona zapewne jakiś koktajl, który uzupełniaj niedobory minerałów, ja kebab z sosem czosnkowych, który uzupełniał mój poziom polskości w organizmie. Tak to sobie żyliśmy, szczęśliwi jak banksterzy po uniknięciu podatków.

Szczęście jednak, to ma do siebie, że jest ulotne. Dobre chwile nie trwają wiecznie, łaska Pańska, niczym łaska prezesa jedyniejasnonampanującejsiłypolitycznej na pstrym koniu jeździ. A koń ten, siły swojej nie zna, bo gdyby znał, to nikt by na nim nie usiedział. Jest jeszcze jedno przysłowie o koniu, koniach w zasadzie i babie co z wozu ciągniętego przez te konie może zejść. Ale nie chcę zbytnio rozpisywać się o polskiej polityce, wystarczająco już, Nas Polaków podzieliła.

Pogalopujmy zatem dalej w kierunku istoty mojego dramatu. Jak już zdążyłem wyjaśnić, szczęście nie trwa wiecznie i mój przypadek dobitnie to wizualizuje. Po kilku miesiącach bycia razem, kiedy mija pierwszy etap zauroczenia, kiedy orientujemy się, że kobiety również są ludźmi, że do toalety chadzają po to, po co i my chadzamy, kiedy przestajemy się głaskać, a zaczynamy żyć, mniej więcej wtedy M. poinformowała mnie o czymś ważnym. A jedliśmy wtedy kolację.
– Ja już nie mogę tego jeść.
– To zjedz mięsko, a ziemniaczki zostaw.- zacytowałem moją matkę.
– Kiedy tu właśnie o mięsko chodzi. Mięska jeść już nie mogę.
– A co z nim? Wygląda apetycznie.
– Mięsko to zwłoki. Mięsko nie jest dobre.
– Dwie minuty temu ci to nie przeszkadzało.- nie wierzyłem własnym uszom.
– Ale teraz przeszkadza. Doznałam olśnienia.
– Kiedy konkretnie?
– Jak brałam na widelec surówkę. Konkretnie tę marchewkę tutaj o.
– I co teraz będzie?
– Nic, będzie jak dawniej, tylko nie będę jeść mięsa. Tobie niczego nie będę narzucać.

Gdybym ja wtedy wiedział, że tego dnia rozpocznie się moja gehenna. Moja droga krzyżowa, składająca się z miliona stacji, a na każdej z tych stacji czekają gówniarze, którzy biją i wyzywają. Z początku wszystko było ok, jednak już po kilku dniach przestaliśmy wychodzić na miasto. Owszem, miasto to pełne jest wegańskich i wegetariańskich knajp, jednak knajpy te mają jeden podstawowy problem- nie serwują w nich mięsa, więc nie bardzo mogłem się tam odnaleźć. Co do jadłodajni serwujących jedzenie dla zwykłych ludzi, to tutaj też jest problem. Większość restauracji, posiada jedynie trzy dania bezmięsne- frytki, pierogi i smażony ser. Jak dla mnie bomba, jednak M. dość szybko poinformowała mnie, że nie będzie jadła sera, bo chyba nie toleruje laktozy, pierogi są z mąki pszennej, czyli, że mają w sobie gluten, a frytki to same kartofle, a nie jest członkiem radzieckiej armii, żeby pod hasłem „piramida żywnościowa” rozumieć kupkę ziemniaków w piwnicy. Tak to upadł pierwszy bastion naszego związku.

Musieliśmy zacząć gotować sami. Mieszkaliśmy już wtedy razem i było mi bardzo ciężko. Nie wiem z jakiej rodziny pochodzicie, ja jednak jestem wychowany w tradycyjnym domu. Jedyne okazje, kiedy widywałem swojego ojca w kuchni były wtedy, gdy zabroniono mu palić w domu i nie nosił przy sobie zapalniczki, którą zwykle otwierał piwo. Musiał tedy biedaczek chodzić do kuchni, wyciągać z szuflady łyżeczkę i tą że łyżeczką podważać kapsel od piwa. Nie uznawał on bowiem piwa w puszce, co było jedną z wielu zasad, które we mnie wpojono.
M. nie rezygnowała, postanowiła gotować dla nas obu, a że ona nie jadała mięsa to i ja mięsa nie mogłem jadać. Powiedziała wprost- albo nauczysz się gotować, albo będziesz jadł co daję, a dawała głównie tofu, soję, marchewkę i takie inne, śmieszne kolorowe rzeczy, potem dowiedziałem się, że nazywała je warzywami.

Rozpoczął się kolejny etap mojego dramatu, musiałem zacząć oszukiwać moją partnerkę. Wracałem późno z pracy, okłamywałem ją, że muszę robić nadgodziny, a tak naprawdę godzinami stałem przed witryną sklepu mięsnego, śliniąc się na widok polędwicy sopockiej. Gdy wychodziłem by wynieść śmieci, robiłem to zawsze po zmroku, by nikt z sąsiadów nie widział, że wyjadam kawałki mięsa, które ktoś zostawił dla bezpańskich psów i kotów. Nawet nie przeszkadzało mi to, że w każdym kawałku były igły. W końcu, wycieńczony i zniszczony wylądowałem na dnie. Nie wiedzieć kiedy, znalazłem się na dworcu kolejowym, oferując inne usługi seksualne w zamian za kawałek kotleta mielonego lub parówki. To był dla mnie ostatni dzwonek. W tym samym czasie, M. wyglądała i czuła się coraz lepiej. Nie mogłem tego znieść, jej szczęście, jej dobrobyt, kosztem mojego spokoju ducha. Potrzebowałem pomocy. Wylądowałem na odwyku.

Po długiej terapii wróciłem do domu, pierwszą rzeczą jaką zauważyłem, był brak mojego samochodu na parkingu. Spytałem M. co się stało.
– Oddałam go.
– Komu?
– Uchodźcom.
– Jakim uchodźcom?
– Biednym, jak to jakim.
– A skąd oni się wzięli?
– Chyba z Syrii, wiadomości nie oglądasz.
– Ale skąd oni się wzięli tutaj, że oddałaś im samochód.
– Nie wiem, chyba przez Węgry jakoś…
– To na pewno byli uchodźcy? Podobno miało ich nie być…
– Byli, ciemni tacy jacyś.
– Przyszli tutaj?
– Tak, matka, z trzema synami, ona wróżyła z kart, a oni chcieli dać mi złoto w zamian za jakieś środki finansowe. Dałam im samochód, bo im jest bardziej potrzebny, a ja nie chcę niszczyć środowiska. W zamian za auto dali mi rower. Gdy przestałam jeść mięso stałam się bardziej empatyczna. Muszę być bardziej odpowiedzialna za świat. Mamy tylko jedną ziemię.

Tego było za wiele. Zabrałem ten rower i swoje rzeczy. Wyniosłem się stamtąd gotów by rozpocząć nowe życie. Niestety, po przejechaniu jakichś stu metrów, zatrzymała mnie policja. Sprawdzili jakieś numery na rowerze i zawieźli mnie na komisariat. Jedno wam powiem, jeżeli jedziecie kradzionym rowerem, macie ze sobą torbę z ciuchami i sprzętem domowym, a jedyna osoba, która może potwierdzić waszą wersję wydarzeń, to kobieta, którą właśnie zostawiliście, to wasza przyszłość nie rysuje się w zbyt różowych barwach.

Tak to wegetarianizm zniszczył moje życie. Nie popełnijcie mojego błędu.

Tutaj przeczytacie kryminał.

????????????????????????????????????

Jestem, który nie jestem tak do końca.

2 comments: On Ja Cię kocham, a Ty nie jesz mięsa

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close