Jest dobrze – znowu piję

Dowiedziałem się, że większość autorów blogów, dzieli się ze światem swoimi przemyśleniami dotyczącymi otaczającej ich rzeczywistości Postanowiłem nie być gorszy i tym samym spłodzić cykl „Śmiertelnie poważnie”, w którym bez żartów będę rozliczał się ze światem i tym co mnie drażni.

Dlaczego świat i ludzie oczekują, że posiadam jakieś hobby? Dlaczego uważają, że coś takiego jest mi potrzebne do szczęścia?

242H

Jest takie opowiadanie autorstwa Washingtona Irvinga zaliczane do klasyki literatury amerykańskiej. Rip Van Winkle, bo o nim mowa, przedstawia historię tytułowego Ripa, który w wyniku działań duchów zapada w sen na ponad dwadzieścia lat. Czuję się ostatnio bardzo podobnie. I nie chodzi mi wcale o odleżyny, których nabawić się można po uderzeniu w kimono na dwie dekady. Chodzi natomiast o to, że bohater opowiadania, gdy już w końcu się obudził, nie potrafił dostosować się do otaczającej go rzeczywistości, dwadzieścia lat to szmat czasu.

Żyjemy w czasach, które uważam za paskudne, w okresie rozwoju cywilizacji, kiedy ogólnie rzecz ujmując, ludziom żyjącym w tym samym konspekcie kulturowym co ja, odbiło od nadmiaru dobrobytu. Gdyby jeszcze okazywali to w sposób zgodny z ludzką naturą- kokaina, prostytutki czy obżarstwo, to nie miałbym absolutnie nic przeciwko temu. Sęk w tym, że ludzkość postanowiła okazywać to w sposób całkowicie dla mnie idiotyczny- każdy ma hobby. Kiedy to się stało? Położyłem się do snu, wymacałem mięciutką poduszkę, przykryłem się ciepłą kołdrą i stukot pędzącego po kostce brukowej starego Volkswagena ululał mnie do snu. Gdy wyzwoliłem się z objęć Morfeusza okazało się, że muszę znaleźć sobie zajęcie. Na pytanie o hobby nie mogę przecież odpowiedzieć, że najbardziej lubię oglądać telewizję. Przecież telewizji już się dzisiaj nie ogląda. Mógłbym powiedzieć, że jestem wielbicielem nowych seriali, to by przeszło. Występuje tutaj ciekawe zjawisko, jeśli powiem, że oglądałem wszystkie odcinki „Klanu”, automatycznie zostanę zaszufladkowany jako pozbawiona osobowości meduza, która po powrocie z pracy gapi się na perypetie miłosne doktora Lubicza. Jeżeli, natomiast powiem, że oglądałem wszystkie odcinki „Baking Bread”, dowiem się o sobie, że jestem na czasie i na bieżąco śledziłem odważne widowisko telewizyjne.

Cóż zrobić- zżyłem się ze swoim brakiem hobby jak z widokiem psiej kupy na wrocławskim chodniku. Jak to zmienić? Jakie hobby będzie dobre? Zerknijmy na Facebooka, on zawsze podpowiada mi czym żyją moi znajomi. Na pierwszy rzut oka wszyscy podróżują. Zabytkowe miasta, wycieczki w góry, wyprawy na koniec świata i praktycznie każdy prowadzi bloga w którym te swoje wojaże opisuje. Coś pięknego. Tylko, że ja w zasadzie to nawet nie lubię podróżować. Lubię sobie od czasu do czasu pojechać na urlop, zobaczyć jakieś ciekawe miejsce, ale żeby zaraz podróżować? No wiecie Państwo! Bez takich wielkich słów. Poszukajmy czegoś innego.

Oglądam zdjęcia P. moją uwagę zwracają zwłaszcza te, w których stoi w obcisłych gaciach przed lustrem. Poniżej podpis, że forma się sama nie zrobi. Ma rację chłopak. Od dłuższego już czasu fascynowało mnie to, że za pomocą aplikacji chwali się swoimi wynikami. Jest to jakaś forma hobby, ciekawe zajęcie. Niestety nie dla mnie. Mam bardzo chude nogi, w zasadzie jest to dla mnie powód do kompleksów. W obcisłych gaciach wyglądałbym jak Andrzej Duda bez długopisu – całkowicie zagubiony.

Wyłączyłem medium socjopatyczne i poszedłem popłakać do pokoju. Czym mogę się zainteresować? Co sprawi, że będę wydawał się  interesującym człowiekiem o szerokich horyzontach? Przecież w planach mam zmianę pracy, jak udać się mam na rozmowę kwalifikacyjną bez strachu, że padnie to pytanie:
– Co pan robi w wolnym czasie?
– Jest dobrze – znowu piję. To prawie jak sporty ekstremalne, tylko, że nie muszę robić dodatkowych badań lekarskich.

Wyjątkowo brzydzi mnie ten współczesny obyczaj robienia interesujących rzeczy. Cóż to za potrzeba sprawia, że człowiek miast siedzieć na tyłku w swojej strefie komfortu, gdzie mu bezpiecznie i piwko jest zimne, postanawia wyjść i przepraszam za określenie – zaangażować się w coś? Dlaczego nie celebrujemy pięknego nicnierobienia, kiedy tradycyjna rodzina po powrocie z pracy zalegała przed telewizorem, a odzywali się do siebie tylko wtedy, kiedy ktoś przełączył kanał wbrew woli reszty. Teraz, żeby ignorować rodzinę trzeba wyjść na squasha. Daje nam to alibi, że niby chętnie bym z wami posiedział, ale sami wiecie, rozumiecie, wpierdol na korcie sam się nie spuści. Także tego, na razie srajduchy, tatuś jest dorosły więc idzie odbijać piłkę od ściany. Drzewiej, żeby mieć spokój z rodziną i kulturalnie wypocząć, wystarczało siedzieć z gazetą i rzucać gniewne spojrzenia na domowników, tworząc dzięki temu atmosferę strachu i wpędzając dzieci w poczucie winy, które leczyć później będą na ustawieniach hellingerowskich. No, ale tatuś zaangażował się w ten sport.
To paskudne słowo – zaangażowanie. Zwłaszcza widoczne wśród ludzi wstępujących w dorosłość. Gdzież się podziały te dobre czasy, gdy student nie potrafił absolutnie nic, nie miał żadnych wymagań, nie licząc batonika Lion coby zabić pierwszy atak gastrofazy po trawie? Teraz młodzi ludzie angażują się w politykę, chodzą na spotkania dla młodych przedsiębiorców, czy gdzie tam jeszcze się da. Organizują śniadania biznesowe w porze, kiedy ludzi biznesu siedzą w pracy, więc chodzą tam sami studenci, którzy rozmawiają o tym jak to fajnie, że się zaangażowali w takie spotkanie. Lepiej już kupić sobie batonika Lion. Efekt ten sam. Oczywiście jedzenia batonika na gastro nie można określić uczestnictwem w ciekawym projekcie. A dzisiaj wszyscy zarządzają projektami, wszystko jest projektem.
– Hej! Wpadniesz?
– Nie mogę, siedzę nad ważnym projektem.
– Ok. to nie przeszkadzam.
Sprawa załatwiona, nikt nie musi wiedzieć, że tak naprawdę robiłem kupę. Też ważny projekt.

Mam zatem taki projekt do zrobienia- nie angażować się w nic w roku pańskim 2016. Nie znajdować sobie żadnego hobby, zainteresowanym mówić, że moim prawdziwą pasją są narkotyki, niestety ze względu na trudne warunki w tym kraju, nie mogę sobie pozwolić na zbyt często poddawanie się mojej miłości. Zresztą prawda jest smutna – ja nie mam czasu na hobby, blog, próby zespołu, czytanie książek i zbieranie płyt. To mnie wszystko zabija, gdzie tu jeszcze wcisnąć hobby? Gdzie tu jeszcze czas znaleźć aby się w coś zaangażować?

Być może zainteresuje Cię ten artykuł:

Osiem sposobów na lepsze życie. 

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close