Nadzieja jest dla frajerów

Być może niektórzy z Was, ci mający mało zmartwień na głowie, zastanawiali się, cóż takiego działo się ze mną w tym czasie, gdy mnie tutaj nie było. Najłatwiej będzie to określić zwrotem, że zwyczajnie traciłem nadzieję. Albo odbierano mi ją, zależy od punktu widzenia. Nadzieja. O tym ten tekst.

Co takiego może zrobić człowiek, gdy obudzi się rano i zorientuje się, że w jego życiu nie ma już nic i nie ma absolutnie żadnej nadziei na poprawę? Poranny papieros, mocna kawa i wsadzenie głowy do piekarnika byłyby całkiem rozsądnym początkiem dnia. Albo końcem. Znowu – zależy od punktu widzenia.

Mój dramat polegał na tym, że owszem, papierosa zapaliłem, na kawę miałem ochotę, ale wizja głowy w piekarniku nie była aż tak kusząca. Widzicie, samobójstwo jest doskonałą okazją, żeby odegrać się na osobach, które przyniosły nam cierpienie albo dowalić szefowi, któremu obiecaliście raport na poniedziałek. W niedzielę kończycie ze sobą i teraz niech ten dupek się martwi i tłumaczy, dlaczego nie dostarczył wyczekiwanego przez najwyższą kadrę zarządzającą zestawienia liczb. Ja nie mam ochoty na to, aby na kimkolwiek się odgrywać.

Ten obrazek nie ma żadnego związku z tekstem, ale przesłano mi go i mnie rozbawił

Dość szybko doszedłem do wniosku, że sam fakt posiadania jakiejkolwiek nadziei jest kulą u nogi każdego trzeźwo myślącego człowieka. Uważam, że nadzieja została wymyślona przez specjalistów od marketingu, aby sprzedać naiwniakom jeszcze więcej niepotrzebnych produktów. Wydaje mi się, że wiem, kiedy to się stało. Kojarzycie Stary Testament? Taka książka, która często wykorzystywana jest do legitymizowania paskudnego zachowania każdego dupka. Jest w tej książce Bóg, który jest prawdziwym wrzodem na tyłku. Wredny i pełen gniewu. Jeśli tylko się zdenerwuje, to niszczy miasta i zsyła plagi różnej maści. Pogrywa z ludźmi, każąc im złożyć sobie w ofierze pierworodnego syna. A jeśli trafi się ktoś bogobojny i dobry, to tenże sam Bóg, z nudów chyba, zakłada się z Szatanem o to, że biedny Hiob się nie podda, pomimo tego, że Pan uczyni z jego życia niekończącą się spierdolinę.

Taki Bóg wzbudza strach. To dość dobry pomysł, aby sprzedać produkt, ale niestety tylko na krótką metę. Jeśli powiem, że za chwile zabraknie cukru, to ludzie rzeczywiście jednorazowo rzucą się do sklepów ze strachu, że nie będą mieli czym osłodzić swojego kiepskiej jakości życia. Ale jeśli powiem, że cukier jest super i ludzkie życie będzie lepsze, gdy będą mieli cukrzycę i stracą w rezultacie dolne kończyny, to będą kupować go cały czas.

Mniej więcej to wydarzyło się w Nowym Testamencie. Bóg po profesjonalnym rebrandingu. Ma syna, co pokazuje go w lepszym świetle. Coś jak rodzinne reklamy Ikei. Dodatkowo, tenże syn to niezaprzeczalnie świetny gość. Nosi się na luźno, mówi o miłości i wybaczaniu. Rodzaj kolesia, z którym fajnie się trzymać. Dla tych, którzy będą naśladować zachowanie Syna Bożego, przewidziana jest nagroda. Jeśli spędzisz z nim wystarczająco dużo czasu i będziesz za nim podążał dostaniesz coś fajnego. Coś jak Świeżaki w Biedronce.

Osoby, których serca przepełnia nadzieją skłonne są do podejmowania idiotycznych decyzji.

– Kochanie, naprawdę potrzebujemy nową kanapę!

– Masz rację! Ciężko pracujemy, wydajmy nasze pieniądze, będzie nam milej i przyjemniej. Nie mogę się doczekać!

Podczas gdy ludzie nadziei pozbawieni podchodzą do życia na chłodno.

– Kochanie, czy potrzebujemy nową kanapę?

– Mam to w dupie. Ja nie potrzebuję niczego.

Nie potrzebuję nadziei. W zasadzie, to zaślepiała mnie przez długi czas. Nie wiem czego potrzebuję.

– Czy jest coś co możemy dla Ciebie zrobić? – słyszę. – Może powinieneś poczuć, że żyjesz?

Ależ ja żyję. Gdyby tak nie było, to nie napieprzały by mnie plecy przez cały czas. Ale myśl o tym, żeby poczuć to dokładniej jest kusząca. Zastanawiam się, kiedy człowiek czuje, że naprawdę oddycha pełną piersią, kiedy wie, że istnieje. Przychodzi mi do głowy jedna sytuacja. Znacie to, gdy pijecie ostro wódkę, przez pięć dni i szóstego wstajecie z pożółkłą twarzą i trzęsącymi się rękami? Pewnie znacie. Organy wewnętrzne są wyniszczone alkoholem, serce wali jakby miało wyskoczyć z klatki piersiowej i poszukać lepszego gospodarza. Mózg nie pozwala na kojarzenie najprostszych faktów a z ust zamiast jakichkolwiek zdań, wydobywają się tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze i smród. Pragniecie poczuć się inaczej, chociaż przez chwilę i pokiereszowana świadomość podpowiada, że jest tylko jedno rozwiązanie. Masturbacja. Idziecie więc do miejsca, w którym zwykliście do robić i dotykacie się w sposób, w jaki to robicie najczęściej. Wasz organizm jest zaskoczony. Zajęty był głównie wydalaniem toksyn i pisaniem listu pożegnalnego, a tutaj pojawia się dodatkowy wysiłek. Serce zaczyna walić jeszcze mocniej, oddech robi się wyjątkowo ciężki, a w głowie czujecie ucisk. I nagle pojawia się ta piękna chwila. Wasz, będący na skraju wytrzymania organizm zatrzymuje się na chwilę. Jesteście blisko rozwiązania sprawy i przez jedną sekundę, gdy serce wali jak młot nie wiecie, czy osiągniecie spełnienie czy umrzecie na zawał. Gdy jest po wszystkim, rozumiecie co to znaczy żyć. Takie doświadczenie bliskości śmierci zmienia perspektywę. Czy tego potrzebuję?

Znajomy opowiadał jak poznał swoją partnerkę. Co ciekawe, jego historia przypominała moją powyższą opowieść. Kilka dni chlania, poranna masturbacja, później kilkukrotne powtórzenie rytuału obcowania ze śmiercią. Wyniszczony wódką i przyjemnością, poszedł na wieczorną imprezę. Tańczył z dziewczyną i podczas gdy zbliżyła się do Niego, poczuł, że pewien jego organ pobudza się raz jeszcze.

– To nie powinno być możliwe w moim stanie. A jednak. Od razu wiedziałem, że to jest miłość.

Nie jest już moim znajomym. W swojej historii przemycił nadzieję. Nie lubię już takich osób.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close