Nick Cave – Ani Słowa o Narkotykach

Dziwna sprawa. Zamiast ciągle mówić o muzyce, postanowiłem o niej napisać. Okazja wyborna, albowiem na tegorocznym festiwalu Open’er wystąpił Nick Cave and The Bad Seeds. I tekst będzie o nim i będzie nietypowy – nie będzie ani słowa o narkotykach.

Jeśli wierzyć kalendarzom, to nadeszło wreszcie długo wyczekiwane lato. Nadmorskie smażalnie odmrażają dorsze, w mazurskich miejscowościach głośniej niż zwykle dudni disco polo, a gimnazjaliści w całym kraju puszczają hip hop do późnych godzin, bo nie muszą rano wstawać do szkoły na dodatkowe zajęcia z religii i patriotyzmu. No i są jeszcze festiwale. Muszę w tym miejscu wyrazić radość, że od kilku lat Polska jest istotnym przystankiem na trasie wielu zacnych artystów przemierzających Stary Kontynent w poszukiwaniu dodatkowego grosza. Nadmorski festiwal Open’er zaszczycił tego roku artysta wyjątkowy – Nick Cave wraz z zespołem The Bad Seeds. W związku z tym, liczne portale internetowe w poszukiwaniu dodatkowych kliknięć postanowiły przybliżyć sylwetkę genialnego muzyka. I ja czytam i co ja widzę? Nick Cave nie powinien żyć. Człowiek, który brał tyle heroiny, już dawno powinien znajdować się po drugiej stronie trawy i nie mam tutaj na myśli jego rodzinnego domu w Australii. Ktoś, z litości nie będę wymieniał nazwy portalu, pokusił się nawet o stwierdzenie, że jego biografia powinna nosić tytuł taki sam jak biografia Pana Maleńczuka. Bo też chlał i ćpał i podobno przetrwał. Ustalmy jedno – ludzie, a zwłaszcza artyści, lubią ćpać. Nie ma w tym nic dziwnego. Za dziwne i uwłaczające uważam to, że dorobek artysty, który wypuścił na świat ponad 20 albumów, stworzył ścieżki dźwiękowe do wielu filmów, napisał dwie powieści i kilka scenariuszy, sprowadza się do tego, że ćpał. Dlatego powiem Wam, co warto wiedzieć o Nicku Cavie i nawet nie wspomnę o narkotykach.

Rodzina

Urodził się 22 października roku pańskiego 1957 w gorącej Australii w małym mieście Warracknabeal w stanie Victoria. Jego ojciec był nauczycielem angielskiego, a matka bibliotekarką, co może dać pewien obraz tego, o czym rozmawiało się w rodzinnym domu młodego Nicka. Plan na życie był prosty – zdolny Cave miał zostać artystą malarzem i przynieść rodzinie chwałę. Niestety, odważył się mieć nieco inne zdanie na temat sztuki niż niektórzy jego nauczyciele, a pewien komentarz dotyczący jego twórczości prześladował go jeszcze przez wiele lat od przedwczesnego opuszczenia szkolnych murów. Historia zna różne przypadki tego, co dzieje się z niespełnionymi malarzami. W tym wypadku, koniec kariery malarskiej był początkiem niesamowitej drogi. Drogi w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Początki

Słuchał głównie angielskiej muzyki progresywnej, bo tym gównem katował go jego starszy brat – powie później w jednym z wywiadów. Wszystko zmieniło się, gdy w jego ręce trafił wyjątkowy album – „Raw Power” legendarnej grupy The Stooges dowodzonej przez jeszcze bardziej legendarnego Iggy’ego Popa (album oryginalnie wydany był jako Iggy & The Stooges). Wyprodukowany przez Davida Bowiego w 1973 roku kultowy krążek, dziś uważany jest za jedną z najlepszych płyt w historii muzyki rockowej, pomimo początkowej  komercyjnej porażki. Między innymi zafascynowany dzikością tej płyty, Nick został wokalistą zespołu The Boys Next Door i tym samym rozpoczął długoletnią współpracę z pierwszym z trzech ważnych muzycznych partnerów – Mickiem Harvey’em. Grali pełne punkowej energii przeróbki kawałków Lou Reeda, Davida Bowie, The Stooges i innych swoich idoli. Później zespół zmienił nazwę na The Birthday Party i antypody zrobiły się dla nich za ciasne.

Berlin

Berlin niczym Mielno potrafi zmienić człowieka. Wymieniani już wcześniej Iggy Pop i David Bowie nagrali w tym mieście swoje najlepsze albumy. Bez atmosfery tego miasta nie mielibyśmy dziś Lust for Life, Pasażera czy Heroes. Nie może więc zbytnio dziwić, że właśnie tam, z przystankiem w Londynie, udał się Nick Cave wraz z zespołem w poszukiwaniu swojej artystycznej drogi.

Myślę, że dzisiaj można śmiało stwierdzić, że za wszystko odpowiedzialny jest John Logie Baird. Wynalazca telewizora nie mógł oczywiście przewidzieć, że wiele lat później właśnie w pudełku służącym do zabijania czasu, pochodzący z krainy kangurów młody muzyk zobaczy coś, czego, jak później będzie wspominał „nie widział dotychczas w całym swoim życiu”. Był to koncert grupy Einstürzende Neubauten (spróbujcie powtórzyć tę nazwę szybko dziesięć razy). Blixa Bargeld, wokalista i gitarzysta tej szalonej industrialnej grupy miał stać się kolejnym towarzyszem muzycznej wędrówki naszego bohatera na wiele kolejnych lat. Krótki czas po pamiętnej projekcji panowie wpadli na siebie w barze i od tego momentu możemy mówić o zespole The Bad Seeds.

„Blixa jest dziełem, stworzeniem, nie można sobie wyobrazić, że ten człowiek może mieć normalnych rodziców” – tak Cave wspomną swojego przyjaciela. Podczas gdy wielcy gitarzyści mają swoje ulubione wiosła, ciągną za sobą ciężarówki z dziesiątkami gitar, każdą nastrojoną w inny sposób i każdą przeznaczoną do innej piosenki, Blixa gitar nie zabierał wcale. Tuż przed koncertem pożyczał gitarę od grup supportujących, podłączał je do pierwszego lepszego wzmacniacza i tworzył dźwięki, których nie dane było nikomu usłyszeć wcześniej ani później.

Bad Seeds

Szesnaście albumów studyjnych. Tyle pomiędzy 1984 a 2016 rokiem wydał zespół dowodzony przez Nicka Cave. „Nigdy nie próbowaliśmy być zespołem, który gra coś, co jest modne. Nie wiedzielibyśmy, jak to zrobić” – określił swoją muzykę lider zespołu. I nigdy nie grali muzyki modnej i nigdy nie liczyli się z niczyim zdaniem. Nawet swoich fanów. Po pierwszych, kultowych albumach, pełnych szalonych i mrocznych piosenek własnego autorstwa, oryginalnych coverów piosenek Dylana, Lou Reeda czy Johnnego Casha, w życiu australijskiego gwiazdora pojawiła się miłość rodem z Brazylii. Efektem była płyta „The Good Son”, będąca dla wielu fanów czymś tak paskudnym jak zdrada małżeńska. Album rozpoczyna się tradycyjnym hymnem brazylijskim protestantów opisującym wydarzenia na pewnym krzyżu. Religia, gospel i piękne melodie. I dzisiaj album ten wymieniany jest jednym tchem, gdy przyjdzie spytać o najwybitniejsze osiągnięcia bohatera tego tekstu. Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem z wyobrażeniem sobie świata muzyki bez „The Ship Song”.

Od tego czasu Cave w zasadzie zaczął robić na co ma ochotę. Nagrać płytę, na której wszystkie piosenki dotyczą przestępstw? Załatwione. Namówić gwiazdkę popu na duet na tej płycie? Kylie Minogue lubi to. Skupić się na samym pianinie? A czemu nie. Odrobina gotyku? Macie co chcecie. Wystąpić we Wrocławiu i nagrać „Weeping Song” wspólnie ze Stanisławem Sojką? O zgrozo, tak się stało. Skrzypce? Tutaj musimy zatrzymać się na dłużej.

W 1997 roku do grupy dołączył Warren Ellis. Na koncertach często zobaczycie go ze skrzypcami, ale ten człowiek prawdopodobnie jest w stanie zagrać na każdym instrumencie, wliczając w to te, które zostaną dopiero wynalezione. Ellis z czasem stał się głównym muzycznym partnerem Cave’a, co z czasem doprowadziło do opuszczenia grupy przez Harveya i Blixę. Zastanawiające jest to, że Nick w wywiadach często wspomina szalonego berlińczyka, nie mówiąc zbyt wiele o Micku Harvey’u. Bywa i tak.

Nick Cave i Warren Ellis oprócz pracy w zespole The Bad Seeds, komponowali muzykę do piętnastu filmów, założyli zespół Grinderman, gdzie Cave dał się poznać również jako gitarzysta.

Inne

Napisał dwie powieści, obie doskonale przyjęte i wydane w Rzeczypospolitej (w 2006 i 2009 roku). Zagrał w kilku filmach, a kilku filmów dokumentalnych był bohaterem.
Po Londynie, Berlinie, Sao Paulo, odnalazł swoje miejsce w angielskim Brighton, gdzie poświęca się pracy i rodzinie. Wyobrażacie sobie zblazowanego gwiadora rocka, który od czasu do casu, w szale, albo odwrotnie, w ataku depresji, czerpie inspirację ze swojego wnętrza i tworzy? Super, ja też. Ale Cave wynajmuje biuro, gdzie przychodzi na kilka godzin dziennie, aby pracować. W Polsce by nie wyszło, utknąłby w korkach jadąc do warszawskiego Mordoru.

Obok wspomnianych wcześnie idoli, za najlepszych autorów piosenek uważa Boba Dylana i swojego kumpla Shana MacGowana, którego zdolności pisania tekstów często komplementuje (nie ma dowodów na komplementowanie jego uzębienia*).

picture - VIPIRELAND.COM
picture – VIPIRELAND.COM

I nie boi się przerabiać hitów innego swojego kumpla w taki oto sposób:

w 2016 roku  wydał płytę „Skeleton Tree”, światło dzienne ujrzał również film „One More Time with Feeling”, w obu produkcjach mocno odbite są prywatne emocje muzyka, który zmagał się z prywatnym dramatem. 14 lipca 2015 roku jego piętnastoletni syn Arthur zmarł tragicznie po tym jak spadł z klifu nieopodal Brighton. Nam wypada cieszyć się, że artysta wrócił do pracy i nie zamierza zawieźć swoich fanów.

Niech więc jego obecność w Polsce nie będzie przez Was pominięta i, do cholery, nie wspominajcie o narkotykach. Są ciekawsze tematy.

Napisałem o tym, o czym zwykle gadam, taka ciekawostka. Jeśli przypadkiem spodobał się Wam ten tekst, dajcie znać. Wkrótce napiszę o jednej z najważniejszych płyt w historii muzyki, akurat pięćdziesiąt lat po jej wydaniu.

*Bezużyteczny fakt: Shane MacGowan wstawił sobie nowe zęby w 2016 roku.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close