Cztery rzeczy, które powinieneś zabrać na urlop, ale nikt Ci wcześniej o tym nie powiedział

Oto i stało się- piękna wiosna zawinęła swoje manatki i zeszła nam z oczu na kilka miesięcy, a miast niej pojawiło się długo wyczekiwane lato. A jak lato to słońce, a jak słońce to opalone dziewczyny, a jak opalone dziewczyny to urlop, a jak urlop to wódeczka… jedno wielkie koło życia. No i ja właśnie w kwestii urlopu. Ale najsampierw trochę prywaty:
Prowadzenie bloga ciągle jest dla mnie czymś nowym, być może właśnie dlatego robię to źle i nie bardzo zamiaruję to zmieniać. Myślę jednak pozytywnie. Zawsze może być lepiej i jak mawiają ludzie opętani myślami samobójczymi- dzisiejsza porażka może być znakomitym akapitem do jutrzejszego listu. W związku z tym postanowiłem zrobić to co robią blogerzy- spisać dla Was garść porad w celu dalszego udostępniania i promocji mojej własnej osoby. Podobnie jak większość blogerów, nie posiadam żadnych podstaw i kompetencji aby wypowiadać się na poniższy temat, co w żaden sposób nie jest dla mnie przeszkodą. Wpis ten będzie utrzymany w modnej konwencji „Top ileśtam rzeczy”.
Dodam jeszcze, że jest to prawdopodobnie jedyna taka lista, która nie zawiera lokowania produktu. *

Oto cztery rzeczy, które powinieneś zabrać na urlop ale nikt Ci wcześniej o tym nie powiedział.

1. Packa na muchy

źródło: http://www.cda.pl/grafika/16530a2
źródło: http://www.cda.pl/grafika/16530a2

Nie interesuje mnie gdzie chcesz jechać. Być może jest tak, że pragniesz jechać w góry, a Twa druga połówka ma ochotę zapłacić pięć dyszek za odmrażaną flądrę nad Bałtykiem i w ramach złotego środka pojedziecie do Radomia. Bez względu na miejsce, warto zabrać ze sobą packę na muchy. Jest lekka, poręczna, mieści się w torbie, nie zawiera glutenu, akceptowana jest jako bagaż podręczny w Ryanairze, a przede wszystkim- zabija muchy.
Muchy. Te małe bzyczące skurwiele, które swój czas dzielą między przesiadywaniem na końskim gównie, a doprowadzaniem do szału zwykłych, bogu ducha winnych i płacących podatki obywateli. Być może, Cwaniaczku, myślisz sobie, że uda Ci się od nich uciec. Że przecież pokój masz w hotelu na wyższym piętrze, że pomyślałeś „jebać biedę!” i szarpnąłeś się na klimę, jak turecki sułtan i okna nie będziesz otwierał. Wiedz jedno- mylisz się. Te złowrogie i zionące nienawiścią bestie znajdą sposób, aby dostać się do Twojego pokoju. Początkowo będą cicho, zrobią wszystko aby uśpić Twoją czujność. To ich taktyka, poczekają aż zlekceważysz je, jak ongiś Goliat zlekceważył Dawida. Właśnie wtedy, kiedy najmniej będziesz tego oczekiwał, rozegra się biblijna bitwa. Rozsiądziesz się wygodnie w fotelu, otworzysz piwo, które kupiłeś w Lidlu, żeby nie brać tego z minibaru, boś nie frajer i poczujesz ogarniający Cię spokój. Wszystkie części ciała staną się jednum, a kosmos będzie bliżej niż kiedykolwiek wyjawienia wszystkich swoich tajemnic. Błogość, cisza, raj. Nagle – JEB! Mucha usiądzie na Twojej kanapce z majonezem i jak to mawiał mój wujek- rzić mieć bydziesz, a nie wywczas!
Będziesz jeszcze próbował ratować sytuację, poszukasz czegoś czym można będzie załatwić bestię. Coż to będzie? Laczki, które masz na nogach są hotelowe i miękkie jak przyrodzenie chłopaka z ONRu przy oglądaniu gejowskiego porno. Zajrzysz do szuflady, a tam tylko Biblia. Teoretycznie trzasnąć by się dało, ale trochę głupio, jeszcze obrazisz czyjeś uczucia. Biblię można wszak wykorzystać inaczej, możesz ogłosić, że mucha jest innowiercą i poprosić papieża o pomoc w przygotowaniu krucjaty, ale na to trzeba czasu, a mucha już dobiera się do ogórka, który jest idealnie wkomponowany w majonez. Błyskawicznie wpadasz na plan idealny- rozlewasz piwo na ścianę i schodzisz na recepcję domagając się zmiany pokoju. W tym czasie, mucha schowała się do Twojej torby, tej samej w której schowane masz pęto kiełbasy krakowskiej, czatując na Twój kolejny ruch, niczym wytrawny szachista. A można było tego uniknąć, wystarczyło zabrać packę.

2. Tatuaż-naklejka

2016-01-Life-of-Pix-free-stock-photos-glasses-wine-tasting-AlexisDoyen

Po cóż mi naklejany tatuaż zapytasz? Słuszne to pytanie, mój Drogi Czytelniku. Pozwól jednak, że pójdę o krok dalej- po cóż Ci w ogóle tatuaż? Zakładam przy tym, że nie jesteś mieszkańcem zakładu karnego, marynarzem, polinezyjskim wojownikiem, gwiazdą rocka ani członkiem Hell’s Angels. Co więcej- spore szanse są, że pracujesz w korporacji. Nie mnie jednak oceniać ludzkie gusta, niektórym jest to potrzebne, więc nie będę wnikał.
Po cóż zatem naklejka? Śpieszę wyjaśniać. Wyobraź sobie, że jesteś gdzieś na przyjemnym urlopie, może nawet odbywa się w tym miejscu jakiś festiwal muzyczny na który zjechała się młodzież z całego kraju. Ubierasz swoje krótkie spodenki, najlepszy przecież to czas aby pokazać rzeźbione przez cały rok łydki, stopy swe wsuwasz w wykonane z najlepszej jakości sztucznego tworzywa japonki, na tulów zarzucasz lekką, oddychającą koszulę. Jeszcze tylko oczy swoje schować za przyciemnionymi szkiełkami i jacha!– dawaj na kurort jak król życia. Wystarczy kilka kroków, by zorientować się, że coś jest nie tak. Wszyscy się na Ciebie patrzą. Szukasz schronienia w modnej kafejce, takiej, gdzie serwują jedzenie tak nieprzetworzone, że sałatka robiona jest z gatunków roślin, które powstaną dopiero za milion lat. Okazuje się, że nie wpuszczają Cię do środka. Patrzysz na wszystkich- kelnerów, jeżdżących obok siebie rowerzystów, panie z pieskami, młode mamy, przyszłe młode mamy, byłe młode mamy, młodych ojców, ludzi za młodych nawet na młodych ojców, czterdziestoletnich panów sączących sojowe latte- wszyscy oni mają jedną cechę wspólną. Mają tatuaże.
A mogłeś być królem turnusu, mogłaś być carycą deptaku. Mogłeś mieć chamie złoty róg, jednak nie uznałeś za stosowne by pójść za modą i przyozdobić swoje ciała. Pomyśl ile otworzyłoby to nowych możliwości- te nasycone intelektualną głębią konwersacje o tym, ile znaczy dla Ciebie arabski napis, który zobaczyłeś miesiąc temu w katalogu w salonie. Na szczęście, nie wszystko jeszcze stracone. Przyodziej swoje ciało w tatuaż-naklejkę i prezentuj swe wdzięki dumnie, jak przystało na indywidualistę. Wieczorem, gdy pójdziesz do klubu i wszyscy będą się do Ciebie uśmiechać i zachęcać do rozmowy o projektach nad którymi teraz pracują, pamiętaj komu to wszystko zawdzięczasz.

3. Środki odurzające

Żeby było jasne- absolutnie nie zamierzam nikogo zachęcać do stosowania jakichkolwiek substancji odurzających. Niektóre rzeczy nie wymagają reklamy. Zamierzam natomiast przestrzec przed negatywnymi skutkami nie posiadania takowych dobrodziejstw na wyjeździe urlopowym. Czy będzie to coś z gałęzi ziołolecznictwa i medycyny naturalnej, czy też klasyczne polskie „zero-pięć”, warto toto zabrać ze sobą, gdyż na miejscu może być różnie. Przykład? Proszę bardzo.
Z naszego kraju coraz tańsze są połączenia do krajów azjatyckich, a gdy już tam się znajdziecie to co ja mam mówić- raj i tyle. Tanie żarcie, tania zabawa, dobra pogoda, tylko alkohole jakieś kiepskie, a człowiek nie mors- nagrzać się musi. Zwyczajnej wódki w sklepach niet, piwo jakieś takie ichniejsze, obok Piasta nawet nie stało. Wychodzisz więc na wieczorem w poszukiwaniu jakiejś sympatycznej twarzy stojącej w bramie, takiej, co to może sprzedać coś fajnego, co sprawi, że reszta urlopu przebiegać będzie bez zakłóceń. Widzisz gościa- ręce w kieszeni trzyma, spodnie dość nisko opuszczone, na twarzy wyraźnie wyrysowany przypał- tak, to jest mój gość. Zauważa mnie, nawiązujemy kontakt wzrokowy i zbliżamy się ku sobie. Już jesteśmy tak blisko, by niczym dawno rozdzieleni wojaczką przyjaciele rzucić się sobie w ramiona. Już czuję jego oddech, liczę na jakieś dobre zioło, haszem też nie pogardzę, radość ma ulatnia się, gdy słyszę jego słowa:

– Maj Friend, może garnitur dla ciebie? Armani, Hugo Boss, best prajz!

To nie wszystko w tym temacie. Ludzie na całym świecie są tacy sami. W czasach szkolnych ,nauczyciele ciągają nas po różnych klasowych wycieczkach. Wycieczka taka, nie byłaby wycieczką, gdyby nie prowadziła do jakiegoś obcego miasta, a jak obce miasto to wiadomo- inna parafia, a jak inna parafia to jakiś inny kościół, który trzeba zwiedzić, bo w nim jest jakaś inna Maryja. W Twojej miejscowości też jest Matka Boska, ale ta jest inna, niby Bóg jest jeden, ale inną ma matkę w każdym mieście. Otóż moi mili, za granicą jest tak samo. Zostańmy przy Azji- jak ten frajer kupiłeś wycieczkę objazdową i spędzasz właśnie szóstą godzinę oglądając buddyjskie świątynie. Pierwsza, nie powiesz- zrobiła całkiem dobre wrażenie, ale przy dziewiątej zaczynasz zastanawiać się, czym one w zasadzie się różnią. Otwierasz przewodnik i czytasz:
– Uśmiechnięty Budda, Budda przynoszący szczęście, Budda z grymasem po zjedzeniu cytryny, Leżący Budda, Budda, który przykucnął, ale zaraz potem wstał bo mu było niewygodnie, złoty Budda czy Budda, który Niemca nie chciał- wszyscy oni mają swoje świątynie.
Przydałoby się jakoś rozruszać tę wycieczkę, żeby tak mieć ze sobą flaszkę i puścić ją w obieg po autobusie, zanim zaparkujemy przed świątynią czarnego Buddy. Przynajmniej coś by się działo.

4. Akordeon

akord

Bądźmy szczerzy- facet, który gra na akordeonie, znacząco zyskuje w oczach kobiet na atrakcyjności. Każdy facet grający na akordeonie to potwierdzi. Żeby było jasne- nie jest to atrakcyjność na takim poziomie na jaki wchodzą mężczyźni grający na syntezatorach, ale syntezator trudno zabrać do Polskiego Busa. Dlatego syntezator będzie bohaterem innego wpisu: 31 sposobów na uwiedzenie kobiety przy użyciu muzyki z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
Wracając do tematu- dlaczego akordeon? Na każdym urlopie zdarzy się taka sytuacja, że grono ludzi zasiedzi się, czy to przy ognisku, czy to w apartamencie i jakiś pajac wyskoczy z gitarą. Wszyscy to znam- ciągłe katowanie trzech akordów i zawodzenie „Whisky moja żono” jakby to była jedyna piosenka do zagrania na tym mającym ponad pięć tysięcy lat instrumencie. Wyciągnięcie gitary na imprezie porównać można do tego momentu, gdy kobieta w połowie kolacji mówi „Powinniśmy zostać przyjaciółmi”, zostaje po tym uczucie niesmaku, zwłaszcza, gdy już posprzątało się pokój i umyło kibel.
A teraz wyobraźcie sobie, że zamiast gitary wyciągasz akordeon- samo zaskoczenie jest tak ogromne, że absolutnie nikt nie będzie w stanie Cię skrytykować. Po drugie, wyobraź sobie co pomyślą inni- „Ten typ ma takie cochones, że nie wstydzi się łazić po mieście z akordeonem”. Po trzecie- najbliższa diaspora cygańska może uznać Cię za swojego i zaproponować małżeństwo z młodą Romką, a dalej już wiadomo- cudowne lata na socjalu. Możesz też, udając przedstawiciela tej mniejszości, poderwać jakąś samotną dziewczynę na wakacjach, wakacyjny romans nie patrzy na kolor skóry. Może warto żebyś Ty też zaczął?

To chyba tyle, myślałem jeszcze o suwmiarce, zeszyciku z cytatami Mateusza Grzesiaka i drożdżówce, ale wszystko to zbyt oklepane. Czy macie coś do dodania?

* Chyba, że jakiś producent pacek na muchy zechciałby nawiązać współpracę.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close