Pamiętnik z urlopu

Urlop. Ten szczególny czas w roku, gdy bez najmniejszych protestów zezwalam innym ludziom na okradanie mnie z moich ciężko zarobionych pieniędzy. Z wywołanym słońcem uśmiechem na ustach zwiedzam miejsca, które w zasadzie w ogóle mnie nie interesują i wdaję się w rozmowy z postaciami, których już nigdy w życiu nie zobaczę. Pamiętnik z urlopu zawiera wszystko o czym pomyślałem podczas tego czasu, a co chciałbym zatrzymać przy sobie.

Wyjaśnienie

Podobno niemodnym jest dzisiaj mówienie o sobie jako o turyście, turysta przecież to Janusz w klapkach Kuboty z wąsem zabrudzonym wczorajszym sadzonym jajkiem z hotelowego bufetu śniadaniowego. Dzisiaj wszyscy są podróżnikami, nawet jeśli podróż ich ogranicza się do dwugodzinnego przelotu Ryanairem. Brzydząc się ekstremizmami, na dalsze potrzeby tego tekstu będę określał siebie mianem Człowieka na Urlopie. Ani ja w podróży, ani w celach turystycznych. Ponadto, doświadczenie życiowe mówi mi, że w urlopie najmniej istotne jest miejsce, dlatego w tym wpisie nazwy miejscowości, kraju, rejonu wymieniać nie zamierzam. Dzięki temu, gdy za rok pojadę w inne miejsce, będę mógł wykorzystać ten sam tekst.

Poranki

Jest coś pięknego w hotelowych śniadaniach, jakby namiastka lepszego życia, w którym Człowiek na Urlopie nie musi troszczyć się o tak przyziemne sprawy jak obowiązki i organizowanie sobie podstawowych potrzeb. Niewidzialna ręka mróweczek zatrudnionych w hotelu dba o to, aby gdy tylko po godzinie ósmej rano zwleczę się z łóżka, bufety pełne były smakołyków, które mają dostarczyć mi energii na cały dzień. Zupełnie jakbym posiadał służbę. W przyszłym roku zabiorę ze sobą bat i sprawdzę, czy Pani Kierownik hotelu pozwoli mi wybatożyć kucharza, który nieco zbyt mocno przytrzymał jajko w garnku.

W tym roku jednak jestem miły. Uśmiecham się do wszystkich, czy to pracowników hotelu, czy to współwypoczywających. Dostrzegam w tym pewien rodzaj romantyzmu- świadomość, że nigdy więcej ich nie zobaczę, a twarzy ich zdaję się w ogóle nie rejestrować, sprawia, że pragnę, aby jedyne ich doświadczenie z moją osobą było wyjątkowo przyjemne.

Są z różnych krajów, najczęściej starsi ode mnie, najczęściej z nadwagą, którą dumnie eksponują, jakby była to jedyna rzecz, którą posiadają. Błądzą wzrokiem po śniadaniowym bufecie, omijając lokalne produkty, a szukając czegoś co doskonale znają- jajek i bekonu. Ten sam obrazek na każdym kontynencie, nawet na maleńkiej tajskiej wyspie zamieszkałej przez muzułmanów- bekon do śniadania musi być. Myślę o wielkim bilbordzie reklamowym: Bekon- rozpocznij dzień ze świnią! Albo: Bekon – bo żaden dobry dzień nie rozpoczął się od jogurtu! Tudzież: Na urlopie najważniejsze są świnie!

Wycieczki

Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, tak pisał, zdaje się, Herling-Grudziński, a urlop z ludzkimi warunkami nie ma nic wspólnego. Kupuję wycieczkę i dowiaduję się, że przemili państwo z agencji turystycznej odbiorą mnie z hotelu o piątej rano. Upewniam się, że to nie żart, pytam czy jeszcze mnie zgwałcą i nasikają na grób mojego dziadka. Pani z recepcji wydaje się być zdziwiona moim zachowaniem. Ale nic to- słowo się rzekło i jechać trzeba.

Kiedyś, lecąc samolotem wewnątrz jednego z krajów spoza Europy, wyjątkowo rozbawiony byłem obecnością zorganizowanej grupy pań, które przekroczyły półwiecze swojego istnienia. Zachowywały się, jakby był to ich pierwszy raz w samolocie, co przypomniało mi polskie internetowy wyśmiewanie Janusza. Uznałem, zatem, że panie jadą na międzynarodowy zlot Grażyn i schowałem tę myśl na ponad rok.

Teraz myśl wróciła, albowiem na trasie wąwozu, który przemierzałem, zobaczyłem kolejne członkinie tego klubu. To chyba filia nordycka- Grażyny Północy. Gdy człowiek idzie przez kilka kilometrów, różne rzeczy zaczynają formować się w jego głowie, piękna idee czy rozwiązania problemów tego świata, ja natomiast myślałem o Grażynach. Gdy doda się do tego tęsknotę za sześciostrunowym instrumentem muzyczny, wewnątrz czaszki zaczyna kształtować się piosenka. Niech będzie, że wpływ ma również tęsknota za krajem i za naszym rynkiem muzycznym. Portale internetowe informowały mnie o dramacie opolskiego festiwalu, z którego wycofało się już więcej artystów niż było zaproszonych. Wszystko zaczęło mieć sens. Miałem gotowy zarys utworu, niech będzie, że tytuł roboczy to „Polska piosnka miłosna”

Jesteś tym o czym każdy marzy
Jesteś tą Dżesiką
Pośród grupy Grażyn

Dobre, bardzo dobre. Chwytliwe, w sam raz na Opole czy inne Kielce. Jaki refren? Najprostszy:

Oł jee, kocham cię, oł jee, kocham cię.

No i super, a kolejna zwrotka?

Choć mała twoja wiedza o świecie
Najdalej od domu
Byłaś w internecie

Oł jee, kocham cię, oł jee kocham cię

Dobrze, trochę więcej polskości

Polubił cię nawet mój srogi tata
Choć olej z ciebie cieknie
Bardziej niż z passata

Oł jee, kocham cię, oł jee kocham cię

Doskonale, jeszcze jakieś zakończenie:

Jesteś bez sensu, głupia i prosta
Zupełnie jak polska
Piosnka miłosna

No i mamy przebój na debiuty.

Tymczasem przemierzam wąwóz i dociera do mnie w jaki sposób urozmaicić można turystykę. Można by dawać cukierka za każdy kilometr szlaku, podczas którego nie zrobi się selfie. Chętnie zastosuję to również do restauracji- darmowy deser dla każdego, kto nie zrobi zdjęcia jedzenia. Order Odrodzenia Polski za brak hasztagu. Tyle możliwości, a tak mało zwolenników.

Nostalgia

Nostalgia za Ojczyzną różne może przybierać twarze. Taki Skawiński, ten od latarnika, a nie od Kombi, w imię miłości do kraju przodków doprowadził do katastrofy morskiej. Ja nie mam, aż takich możliwości, śledzę zatem wydarzenia w Polsce za pomocą internetu i nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.

Zdaję sobie sprawę, że Polska jako centrum wszechświata ma problemy najwyższej wagi- a to Pan Prezydent pojedzie na wycieczkę klasową, a to Pani Premier przysłuży się ojczyźnie i upewni się, że jej syn nie przekaże materiału genetycznego, a to znowu rozłamy na opozycji, która zaraz stanie w opozycji do samej siebie, tworząc tym samym prorządowy ruch. Wszyscy mówią to tym, jaka zła była przeszłość, ale jaką piękną zapewnią mi przyszłość. W pogoni za przyszłym rajem robimy teraźniejsze piekło. Dodajmy do tego dramaty w postaci ostatnich kolejek piłkarskiej Ekstraklasy i pobyt Dody w Cannes, a mamy kolejny przykład Rzeczypospolitej jako Chrystusa narodów.

Szukając pozytywnych informacji, przesłuchałem płytę Dylan.pl, dzieło, za które odpowiedzialny jest w głównej mierze Filip Łobodziński, znany z Zespołu Reprezentacyjnego (i paru innych przedsięwzięć, w zależności, które pokolenie zapytamy). Dylana zabijano po polsku tyle razy, że aby podejść do tego zadania, trzeba mieć cojones wielkości długu Grecji. Pan Łobodziński takie ma, a jeśli doda się do tego cholernie dużo talentu, otrzymujemy najlepsze tłumaczenia Dylana w historii. To oczywiście moje osobiste zdanie, z którym nie musicie się zgadzać. Łobodziński wchodzi w wyrażenie slangowe, porzucając idiotyzmy o toczących się kamieniach, bawi się słowem w taki sposób, że tłumaczenia nie tracą nic z magii oryginałów. Również aranżacje utworów są ciekawe, interesujący dobór utworów oraz goście (pierwszy raz artystka Organek mnie nie wkurwia)- wszystko to sprawia, że przesłuchałem pierwszej od lat płyty w ojczystym języku, która mnie zafascynowała. Tyle dobrego.
*
Siedzę w nadmorskiej tawernie z widokiem na wzbierające fale. Nie byłem głodny, ale kłamstwa właściciela o tym, że ma żonę z Katowic, miały tak zgrabne nogi, że skusiłem się na wcześniejszy obiad. Zagadywał również Niemców, ciekawe czym ich skusił?

– Deutschland? Ach phantastisch! Meine Großmutter wurde von deutsch vergewaltigt!

Ciągle chodzi mi po głowie kraj ojczysty, ale nie w taki sposób jak dwóm Brytyjkom siedzącym dwa stoliki ode mnie. Znam ten typ- mogą mieć między trzydzieści, a pięćdziesiąt pięć lat. Na odsłoniętych plecach jednej z nich widzę tatuaż czegoś, co kiedyś było motylem, ale zmieniło się w wyniku mutacji. Nie wiem ile ważą, nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Z pośród menu bogatego w owoce morza, świeże warzywa i cudowne regionalne potrawy, wybierają frytki. Z ketchupem. Gdy kelner przynosi dwie porcje, jedna z nich po ówczesnym wysypaniu na talerz tony soli zabiera się do jedzenia. Druga woła szefa:

– Is this what you call chips? They’re not big enough!

Nostalgia to dziwka.

Wracam do kraju w towarzystwie rodaków, napotkanych na lotnisku. Miły ukłon władz lotniska- specjalnie dla Polaków zorganizowali drugą kolejkę, jeszcze przed kolejką właściwą. Polak w kolejce wydaje się być łatwiejszy w zarządzaniu.

W samolocie próbuję czytać, ale odkąd dwa dni wcześniej skończyłem lekturę kupionych za grosze „Opowieści Japońskich” Wacława Sieroszewskiego, nic innego mi nie wchodzi. Muszę skontaktować się z moją polonistką z ogólniaka, kto by pomyślał, że tyle lat od zakończenia szkoły sięgnę po pisarza z okresu Młodej Polski i poczuję zachwyt.

Samolot się nie rozbił, więc nie mam żadnych wymówek- czas skończyć urlop.

A tutaj przeczytasz o rzeczach, które należy zabrać na wakacje.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close