Podróże małe i duże- Tramwaj Linii 0L we Wrocławiu

Na początku było słowo, więc i u mnie nie może być inaczej. Będzie słowo wstępu. Taki wpis chodził za mną od dawna, jak paskudna piosenka popowa, która, gdy raz wpadnie w ucho, wypaść nie potrafi. O co ci znowu chodzi?- pewnie zapytacie. A ja Wam grzecznie odpowiem. Podróże, albowiem, to nie jest byle co.

Z pewnego rodzaju niepokojem obserwuję wzrost ilości podróżników. Wiecie o co mi chodzi? Nie ma już w naszym kraju turystów, nie ma ludzi, którzy jadą pozwiedzać. Wszędzie są podróżnicy, którzy zapatrzeni w bohatera kreskówki „Gdzie jest Wally?”, opuszczają swoje domowe strefy komfortu i jadą w przysłowiowy chuj. Nie ma w tym nic złego, nie mam zamiaru ich krytykować. Uważam, że każde hobby jest dobre, dopóki nie wymaga niczego od osób trzecich. Problem leży w tym, że dzisiaj podróżowanie nie jest niczym szczególnym. Kupujesz bilet Ryanair i lecisz do Kopenhagi. Super. Tylko czy to jest powód, żeby wszystkich o tym informować? Co innego podróż dookoła świata, spanie w spartańskich warunkach, przebywanie w obcym miejscu przez długi czas, jedzenie płodów bizonów, które wprzódy samemu się upolowało, kąpanie się na waleta w Gangesie, czy kopulacja z córką wodza afrykańskiego plemienia, podczas gdy ten akurat wyszedł na chwilę na fajaka. To ma sens i to jest nawet ciekawe. Ale umówmy się- jeśli lecisz dwie godziny samolotem, żeby potem spać w kilku-gwiazdkowym hotelu, to taki z Ciebie podróżnik jak z Hilary Clinton prezydent.

Kolejna oburzająca sprawa, to podróżowanie w celu szukania siebie. Jeśli nie potrafisz odnaleźć siebie w domu rodzinnym, jeśli miejsce, w którym dorastałeś nie sprawia, że wiesz kim jesteś, to zajadanie się hummusem w otoczeniu kóz, korzystając z Airbnb u Abdula, również Ci w tym nie pomoże. Zresztą co to w ogóle znaczy „odnaleźć siebie”? Jeden gość wyjechał, żeby odnaleźć siebie do jakiejś samotni, siedział tam przez długie miesiące i medytował bez żadnych interakcji z innymi ludźmi. I wiecie co odkrył? Że jest strasznie nudnym typem. Jeśli masz problemy ze sobą, to nie pomoże Ci w tym wycieczka na drugi koniec świata. Lepsza będzie wyprawa na drugi koniec ulicy, gdzie jest gabinet terapeuty. Fakt, to drugie może wyjść drożej, ale nie wszystko można rozpatrywać przez pryzmat pieniądza.

Pomyślałem sobie, że dzisiaj podróżowanie do innego kraju jest równie trudne jak przejażdżka tramwajem. Więc…

Zapiski z podróży. Podroż linią 0L we Wrocławiu w poszukiwaniu samego siebie.

trasa

Swoją magiczną podróż tramwajem rozpocząłem na dworcu głównym we Wrocławiu. Było już po osiemnastej, a o tej porze, linia 0L obsługiwana jest przez pojazdy dziurawopodłogowe, specjalnie dla miasta zmodernizowane przez ochotnicze służby patriotyczne. To głownie tej młodzieży w eleganckich bluzach, sugerujących ich powiązania z żołnierzami wyklętymi, zawdzięczamy wnętrze tego środka lokomocji. Niczym prawdziwi wyklęci, uprawiają swoistą partyzantkę, atakując znienacka dermę ukrytą w siedzeniach, czy rozlewając piwo, chcąc tym samym przykryć zapach potraw obcych kulturowo, doprawionych czosnkowym sosem. Polska Walcząca! O tej porze roku, autochtoni wyjątkowo niechętnie nastawieni są do obcych, co manifestują dość często, mając przy tym wsparcie rządu. Już po kilku sekundach, zauważam napis na kasowniku:

„PO=Żydy”

Jeszcze później:

„Hanka, jak mogłaś?”

Postawiony przecinek tuż po tej szczególnej inwokacji, wskazują na to, że jej autorowi nie były obce zasady języka ojczystego. Śmierć wrogom Polszczyzny!

„Wrocławskie tramwaje po szynach mkną!” Aż chce się zaśpiewać, za nieżyjącym już studenckim bardem. Jest to, niestety, absolutne kłamstwo. Trasa 0L ma się do mknięcia tak, jak chrześcijańskie miłosierdzie do deportacji. Właśnie dlatego, spacerowe tempo jazdy tą linią, jest idealnym miejscem, aby zajrzeć w głąb siebie i odnaleźć swoje prawdziwe ja. Podróże wszak kształcą! Jeżeli nie stać się na podróż do Indii, zajęcia z jogi, coaching u Boskiego Mateusza, to wystarczy zdobyć gdzieś trzy złote, aby osiągnąć podobne doznania. Z tą jedyną różnicą, że przy odrobinie szczęścia, w tej podróży można uniknąć poczucia bycia ostro ruchanym, czego nie można powiedzieć o pozostałych przypadkach.

tory

W kilka minut po odjeździe, znaleźliśmy się na ulicy Pułaskiego, której piękne zabudowania przypomniały mi z czego słynie to miasto. Oczywiście, chodzi o udawanie Berlina lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia na potrzeby amerykańskich produkcji. Wprowadziło mnie to w głęboko refleksyjny nastrój, który trwał, aż do skrzyżowania z ulicą Kościuszki, gdzie został on zastąpiony wspominaniem wielkiego Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej i przywódcy powstania. Jestem przekonany, że Kościuszko dumny jest, że tuż obok ulicy nazwanej Jego imieniem, znajduje się ulica Miernicza, która we wspomnianym wcześniej filmie, robiła za powojenny Berlin, bez potrzeby charakteryzacji. Warto było Panie Tadeuszu!

Kres mojej podróży nastał na następnym przystanku. Pożegnałem się ładnie ze współtowarzyszami mojej podróży. Chciałem jeszcze poprosić ich o wspólne zdjęcie, tłumacząc, że to do mojego bloga podróżniczego, jednak jeden z panów wstał, oddał mocz na podłogę, zabrał swoją torbę pełną puszek i wyszedł, a młody chłopak w czapeczce z orłem białym poinformował mnie, żebym wypierdalał, co też niezwłocznie uczyniłem.

Stałem na przystanku i patrzyłem jak nie było widać absolutnie nic, za wyjątkiem gęstego deszczu listopadowego, który w odróżnieniu do innych znanych listopadowych opadów, nie wzruszał mnie w żaden sposób. Zastanawiałem się nad swoją egzystencją i tym, czego nauczyła mnie ta podróż. Zawsze, gdy opuszczam swoje domowe pielesze, myślę o tych wszystkich zaginionych duszach, które gdzieś tam są i podobnie jak ja, rozmyślają gdzie postawić kolejny swój krok na tej podróżniczej ścieżce zwanej życiem. I który z nich zajebał mi portfel w tramwaju.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close