Taniec z wujkami. Thriller weselny – część druga

Podobno wakacje to sezon weselny. Sezon, gdy wujkowie w całym kraju poprawiają wąsy i pastują swoje buty. Wpuszczeni jak lis do kurnika, harcują ile dusze ich zapragną. O tym jest ta historia. Taniec z wujkami. Oto ciąg dalszy.

Przeczytaj początek

Plan rozpoczął się od wypicia kolejnego kieliszka wódeczki. A potem jeszcze dwóch, bo, jak nauczono Marcina w korporacji: pierwsza faza planu jest najważniejsza i często trwa najdłużej.

– Rusz się – niepokoiła się Gosia. – Ktoś połakomił się na moją cnotę, a ty wódkę chlejesz! Mogłam zaprosić mojego byłego.

– Cnotę? – Marcin zdziwił się słowami weselnej partnerki.

– Nie łap mnie tutaj za słówka, kiedy mnie za co innego łapali!

Marcin wziął głęboki oddech i wyłożył cały plan.

– Teraz zjem golonkę, boczek i odrobinę kapusty. Potem wypiję mocną kawę – wdrażał Gosię w szczegóły. – Po tej istotnej fazie, pójdę na papierosa. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, to papieros i kawa sprowokują mój żołądek do działania i udam się na dłuższą chwilę do toalety…

– I po kiego mi to wszystko mówisz? – w głosie Gosie słychać było coraz większą irytację.

– Skup się. Z toalety wyjdę czysty i gotowy do działania. Golonka, boczek i odrobina bogatej w wartości odżywcze kapusty, dadzą mi solidną podstawę do przeprowadzenia śledztwa. Wezmę głęboki oddech i butelkę wódki. Z tą butelką, rozpocznę tournée po wszystkich podejrzanych. Przepytam ich co robili w momencie, w którym zgasło światło. Tyle.

– I myślisz, że ci się przyznają?

– Podejdę ich. Mam sposób na takich. Wychowywałem się w małej miejscowości i mój tato miał pięciu braci. Wszyscy wujkowie mieszkali po sąsiedzku, można powiedzieć, że wychowywałem się wśród takich jak nasi podejrzani.

– A skąd wiesz, że to któryś z wujków?

– A skąd wiem? Intuicja – zakończył Marcin z uśmiechem.

Jak zapowiedział, tak zrobił. Nałożył na talerz solidny kawałek goloneczki, boczuś pieczony i wszystko przysypał kapustą. Zajadał ze smakiem, podczas gdy Gosia wierciła się nerwowo. Gdy talerz był pusty, Marcin wypił szybko gorącą kawę i poleciał na papierosa. Zaciągnął się mocno i już po dwóch machach oddał papierosa stojącemu obok dziesięcioletniemu chłopczykowi (synkowi kuzynki panny młodej) i poleciał czym prędzej do toalety. Za kilka lat Krzysio, bo tak miał na imię ów chłopczyk, wspominać będzie tę scenę, gdy na odwyku będą pytać go o pierwsze doświadczenia z używkami. Ale wróćmy do naszej historii.

Marcin wyszedł z toalety z dumą wyrysowaną na twarzy. Poszedł po stojącą w samotności butelkę wódki i udał się w kierunku stołu, przy którym siedziała rodzina. Dosiadł się do wąsatego, chudego mężczyzny. Wyróżniał się dość mocno spośród towarzystwa podejrzanych -jako jedyny nie miał wyraźnej nadwagi brzusznej. Nie miał również kilku zębów, co Marcin zauważył dopiero, gdy wyciągnął rękę, aby przywitać się z pierwszym podejrzanym.

– Marcin.

– Andrzej – odpowiedział podejrzany, szczerząc przy tym uzębienie przypominające klawiaturę pianina: biały-czarny-biały-biały-czarny-biały-czarny.

– Próbowałeś już goloneczkę? – rozpoczął śledztwo Marcin. – Doskonała jest dziś.

– Doskonała to była kiedyś. No ale z takich świń, co to teraz robią, to lepsza nie będzie. Napijem się?

– Ano napijem – potwierdził Marcin.

Wychylili po kieliszku, a następnie Marcin zagryzł ogórkiem.

– Ja nie zagryzam, bo nie będzie miejsca na więcej wódeczki, hehehe – powiedział Andrzej.

– Hehehe – odparł Marcin. – Nie tańczysz?

– Daj spokój. Młodzi są od tańczenia, ja już się natańczyłem. Jak byłem w twoim wieku, to na każdą zabawę się chodziło, a potem głupie dziewuchy zaganiało do stodoły. Żadna nie chciała, wszystkie piszczały, ale zawsze szły. Piękne czasy. A teraz? Kolano boli, tańczyć się nie da. Nie chce się. Wypijmy lepiej, szkoda gadać. Nic się nie chce.

– Ale nic zupełnie? – dopytywał Marcin. – Młode dziewczęta tańczą, trzeba z nimi szaleć, bo w poniedziałek do roboty i cały tydzień będzie chujowo.

– A ja do roboty nie chodzę. Nie chce mi się – z rozbrajającą szczerością odpowiedział Andrzej.
– Kiedyś to się pracowało, odbudowywało się Polskę, a teraz to nie ma sensu. Rozsprzedali stocznie, kopalnie, rozkradli co było. I po co ja mam pracować? Żona pracuje, mnie na moje potrzeby wystarczy.

Marcin wypił, a potem w myślach wydał wyrok: niewinny.

Pożegnał się z Andrzejem i ruszył dalej. Kolejny w kolejce był Wuj Waldemar. Nie ma co ukrywać, był on głównym podejrzanym. Lubieżny wzrok, wąs Stalina i mocno rozpięta koszula, kreśliły idealny obraz weselnego macanta. Aby jednak nie sądzić po pozorach, Marcin dosiadł się i nalał mu wódki.

– A ty młody, to właściwie od kogo? Od pana czy pani? – zapytał Waldemar.

– A w zasadzie, to jakie to ma znaczenie? Wszyscyśmy rodacy – Marcin punktował. Wychowanie wśród wujków nie poszło na marne.

Waldemar popatrzył na niego, po czym zerwał się na proste nogi i trzasnął pięścią w stół.

– Młody dobrze gada! Słyszyta! Kurwa rzesz mać, słuchać mnie! Słuchać!

Sala zamilkła, wszyscy patrzyli na Waldemara, który samą posturą wzbudzał szacunek. Gdy dodać do tego słowo na „k”, wiadomo było, że nie mamy do czynienia z byle leszczykiem.

– Wszyscy ze mną, śpiewamy! Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina! Śpiewać, kurwa!

Sala dołączyła.

– Starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna! – odpowiedziała druga strona.

Miłość. Miłość w narodzie kwitnie, a tymczasem zbrodnie nie mogę zostać bez rozwiązania. Marcin nalał po kieliszku i wypili brudzia. Usiedli. Waldemar zaproponował sałatki ziemniaczanej, na co Marcin zmuszony był odmówić.

– Kto by się tam sałatką napychał, jak karkóweczka leży.

– Młody! Kurwa, ja to bym cię za córkę swoją wydał. Ale ona już po ślubie, wzięła jakiegoś miastowego cwaniaczka. Gówno nie facet. Wcale do mnie nie podobny. Jak młodszy byłem, to się takich sztachetą w łeb… – rozmarzył się Waldemar.

– Chłop jak chłop, ważne, żeby na rodzinę zarobił – Marcin sypał powiedzonkami swoich wujków i każde padało na podatny grunt.

– Też prawda! Polej no! Prawdziwy chłop, prawdziwy Polak! Tak jak ja!

Wypili kolejny raz. Marcin przypomniał sobie po co tutaj przyszedł.

– A Ty Waldek nie tańczysz? – spytał.

– A potańcowałem chwilę, z młodymi, ale w sumie to nie ma tu dla mnie partnerki. Widzisz, ja to tańczyłem od zawsze i dzisiaj te młode to nie są przygotowane do takich ruchów. Chłopa im prawdziwego trzeba, co wie co robi. Tak jak ja.

– Coś w tym jest,

– No. Napijmy się.

Marcin miał coraz mniej siły, dlatego z trudem przychodziło mu słowo nie. Wychylił kieliszka i zdał sobie sprawę z tego, że jego plan miał słaby punkt. Jego głowę.

Kto jest winny? Dowiesz się w ostatniej części – tutaj

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close