Taniec z wujkami. Thriller weselny – część trzecia (ostatnia)

Podobno wakacje to sezon weselny. Sezon, gdy wujkowie w całym kraju poprawiają wąsy i pastują swoje buty. Wpuszczeni jak lis do kurnika, harcują ile dusze ich zapragną. O tym jest ta historia. Taniec z wujkami. Jak zakończy się ta historia?

Tutaj są poprzednie części:
część pierwsza
część druga

Nie miał pojęcia, który to był kieliszek tego wieczoru, rachubę stracił już dawno. W ogóle wiedział coraz mniej. W zasadzie był przekonany tylko o jednym, że musi natychmiast zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszedł na zewnątrz, od czasu do czasu sprawdzając tylko wyprostowaną ręką, czy ściana znajduje się w odpowiednim miejscu.

Szybko zorientował się, że nie był jedynym, który wpadł na pomysł opuszczenia murów domu weselnego „Dolce Vita”. Na zewnątrz znajdował się pobudzony jakimś wyjątkowo emocjonującym wydarzeniem tłum gości. Najczęściej taki tłum widywał pod swoją osiedlową Żabką, gdy tylko wymieniały się ekspedientki na młodsze i zwiększała się ilość ich odzianych w stroje sportowe adoratorów, którzy łaskawie czasem przesunęli się, aby Marcin mógł kupić paczkę fajek. Najczęściej jednak stali pod sklepem albo pod ladą i utrudniali życie klientom. Ten tłum jednak, nie był tam dla pasemek młodej Kariny z Żabki. Był tam dla krwi. Goście byli świadkami kolejnej z weselnych tradycji narodowych – bójki.

Marcin przyjrzał się dokładniej i zauważył, że gladiatorami w tym ostatecznym starciu byli wuj Kazimierz i wujek Marian. A więc dwójka podejrzanych. Zapytał stojącego najbliżej chłopaka o co może chodzić.

– Stara rodzinna sprawa. Piorą się po mordach na każdej imprezie rodzinnej. Odpuszczają sobie tylko w wigilię, gdy łamią się opłatkiem i życzą sobie mocy bożych błogosławieństw. Oczywiście na obiedzie w pierwszy dzień świąt znowu leją się po ryjach. Taka tradycja.

Nasz detektyw musiał zaatakować. Pomimo coraz większego zamroczenia alkoholowego, zdawał sobie sprawę ze swojego zadania.

– Ale co, o dziewczyny do tańca się biją? – Marcin drążył temat.

– Jakie tańce? – zapytał zdziwiony chłopak. – Marian ma protezę zamiast nogi, więc nie potrafi tańczyć, a żona Kazika jak tylko widzi, że patrzy na inną kobietę, nawet w telewizorze, to wpada w szał. Ostatni raz tańczyli na swoich weselach.

Niewinni – pomyślał Marcin. Ciągle jednak ciekawiła go geneza pojedynku.

– To o co im chodzi?

– Stare czasy. Chyba w dziewięćdziesiątym drugim albo trzecim, Kazik sprowadzał chemię z Reichu. Dużo się na tym dorobił. Wziął Mariana do spółki, bo ten był bezrobotny, po tym jak cukrownię sprzedali, chyba Holendrom. No i szło coraz lepiej, wtedy chciwy Kazik nie zapłacił Mańkowi. Ten się wkurzył i pomimo, że czas powinien zalepić rany, to wkurza się zawsze po pijaku.

Marcin obserwował bójkę. Panowie bełkotali coś pod nosami. Słychać było głównie słowo na „k” i inne wyzwiska. Gdy przyzwyczajony do tego widowiska tłum zaczął się rozchodzić, stało się coś zaskakującego. Marian wyciągnął skądś mały scyzoryk i dźgnął nim Kazika prosto w brzuch. Wszyscy zamarli, tylko chłopak stojący obok Marcina podbiegł do rannego i położył go prosto na podłodze, a następnie zaczął tamować krwotok. Wskazał palcem na osobą, która powinna zadzwonić po karetkę. Marian tymczasem wykorzystał całe zamieszanie i uciekł z miejsca zdarzenia.

Marcin wrócił do sali weselnej.

– Co tam za afera? – zapytała Gosia.

– Rodzinne sprawy, nie ma się co wtrącać – odparł. – Wyeliminowałem czterech podejrzanych. Został mi jeden. To musi być on.

– A właśnie musimy pogadać… – nieśmiało zaczęła Gosia.

– Potem, potem! Muszę zamkną śledztwo!

– Ale…

– Ciiichaj, kobieto! Idę do walki.

Po tych słowach dotarło do niego, że bójka i świeże powietrze poprawiły jego stan. Było to niedopuszczalne. Polał sobie kielicha i zagryzł kawałkiem pieczonego boczku. Przez chwilę zastanawiał się jeszcze nad dokładką śledzika, ale pomyślał, że szkoda marnować swój ograniczony żołądek na ryby, sięgnął zatem po leżące samotnie na misce frytki.

Podjadłszy odpowiedni, gotów był do dalszego śledztwa. Wypatrzył siedzącego w rogu wujka pana młodego. Twarz jego cała pokryta był zarostem, na nosie miał duże okulary, a za okularami miał oczy, w których było coś niepokojonego. Dosiadł się do niego i podał rękę.

– Marcin – przedstawił swoje imię.

– Romek – odpowiedział. – Ech, te dziewczyny co tak tańczą, prowokują tylko. Tyle myśli nieczystych się pojawia w mojej głowie. – zagadał Romek.

W tym momencie Marcin miał pewność.

– A więc to ty łapałeś dziewczyny jak było ciemno? Jesteś cholernym zboczeńcem, ot co!
Romek zdziwił się. Popatrzył na Marcina i zaczął się tłumaczyć.

– Czy zboczeńcem? Jestem grzeszny, bo któż z nas nie jest. Piję, objadam się, bywam gniewny i tak, mam bardzo wiele nieczystych myśli. Towarzyszą mi przez cały dzień, są przy mnie, kiedy kładę się spać, są w mojej głowie, gdy wstaję rano. Dlatego zaraz po przebudzeniu modlę się. Modlę się długo i żarliwie do Boga Najwyższego, stworzyciela nieba i ziemi, modlę się, aby dał mi siłę przetrwać. Albowiem uczono mnie wiele i w seminarium przekazali nam nauki Pańskie, ale nie powiedzieli mi jak sobie z tym radzić. Nigdy bym jednak nie dotknął nikogo w zły sposób. Wiem, że łatwo nas o to posądzać, ale ja nigdy…

– W seminarium? – Marcin cieszył się, że nie widział wyrazu swojej twarzy.

– Jestem księdzem – odpowiedział Romek. – Przecież udzielałem ślubu, nie widziałeś?

– Stałem za filarem – odparł zażenowany Detektyw i pożegnał się z Romkiem.

– Nie widzisz koloratki?

– Mało widzę ostatnio.

Wrócił do stolika i zrezygnowany nałożył sobie nową porcję sałatki ziemniaczanej i kilka plastrów salcesonu. Porażka. To słowo widział narysowane na czole każdego z otaczających go gości weselnych. Masturbacja. To słowo przyszło mu do głowy, gdy pomyślał o braku szans na zaimponowanie Gosi.

Gosia. Nie widział nigdzie swojej partnerki. Wypił jeszcze jeden kieliszek i zaczął jej szukać pośród bawiących się gości. Po kilku chwilach, nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, zaczął szukać jakiegoś podparcia. Nie przejmował się przy tym innymi ludźmi. Gdy bark jego dotknął ściany poczuł się bezpieczny i zaczął przemieszczać się po pomieszczeniu. W najciemniejszym z zakamarków, do którego wpadł przypadkiem, ujrzał dziewczynę. To musiała być ona. Nie była sama. Marcin zmrużył nieco oczy, aby poprawić ostrość widzenia. Usta Gosi stykały się z ustami jakiegoś faceta. Tego był za wiele. On poświęca się dla niej, on spędza całe wesele na śledztwie, które bez wątpienia odbije się na jego wątrobie. Ona tymczasem zabawia się z jakimś gościem! Wymierzył cios. Uderzył idealnie w ścianę obok całującej się pary. Usłyszał trzask kości oraz krzyk dziewczyny. Alkohol sprawił, że nie czuł bólu w ręce, nie poczuł również bólu na swojej twarzy, gdy facet, jeszcze niedawno obłapiający dziewczynę, przywalił mu z pięści.

Gdy otworzył oczy widział nieco wyraźniej.

– Głupia sprawa – powiedział, gdy zorientował się, że obłapiającą się parką, nie była Gosia z jakimś gościem, tylko państwo młodzi, bardzo podekscytowani ożenkiem.

Można powiedzieć, że co do zasady, goście weselni zgodzili się z Marcinem. Wyszło głupio i nie tak miało być. Również zgodzili się, że jeśli nie opuści imprezy w ciągu kilku najbliższych minut, dostanie wpierdol kolejny raz. Tym razem porządnie.

– Będę uciekał – wybełkotał. – Także no, było fajnie, super jedzenie. A gdzie Gosia?

Gosi nie było. Założył marynarkę, wymacał, czy jest w niej portfel i telefon i opuścił salę.

Chciał pożegnać się jeszcze z każdym wujkiem z osobna, ale eskorta w osobach kuzynów panny młodej miała inne priorytety.

– Spierdalaj – powiedział jeden z kuzynów.

– Co tak ostro? Przecież idę. Nigdy nie zdarzyło ci się upić?

– Spierdalaj, bo zarobisz – kuzyn groził.

– Jakbyś mnie nie trzymał, to szedłbym szybci… – Marcin nie zdążył skończyć zdania, gdy poczuł uderzenie w brzuch.

Gdy kuzyni wypchnęłi go poza teren domu weselnego, usiadł na chodniku i wygrzebał z kieszeni telefon. Na ekranie była informacja o otrzymanej wiadomości. Od Gosi.

Idę sobie. Nikt mnie nie macał. Chciałam, żebyś poczuł się zazdrosny, tyle. A ty zacząłeś chlać i się obżerać. Nic z tego nie będzie. Nie dzwoń do mnie.

– Głupio wyszło – powiedział do siebie Marcin.

– Ano głupio – usłyszał znajomy głos. Był to wuj Waldemar. – Choć młody, napijem się jeszcze. Wyniosłem flaszkę. Inni wujowie czekają.

– A to nie chcecie mi wpierdolić? – zdziwił się Marcin.

– A za co? Kto jak kto, ale my wiemy najlepiej od czego są wesela. Każdego czasem lekko poniesie. Choć tu o do parku, tam na sali to się drętwo zrobiło.

Jestem, który nie jestem tak do końca.

Dodaj komentarz:

Twój email nie będzie widoczny.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Site Footer

Sliding Sidebar

Close